Extra Time @ ManUtd.pl

„Extra Time” to cykl felietonów poświęconych Manchesterowi United. W felietonach przeczytacie o kwestiach, które warto poruszyć oraz o takich, które nie zostały dotychczas wystarczająco omówione. Gorąco zachęcam Was do dyskusji.

Zastanawiam się po co od ostatniego piątku w ogóle rozmawiamy o dwumeczu z Barceloną w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, skoro eksperci już przemówili – nie mamy żadnych szans i najlepiej w ogóle nie wychodzić na boisko. Podobne opinie pojawiały się po poprzednim losowaniu, kiedy dowiedzieliśmy się, że na awans do ćwierćfinału nie ma szans, wszak naszym rywalem będzie wielki Paris Saint-Germain.

Tak, w dniu losowania byłem przerażony, ale wtedy naszym menedżerem był jeszcze Jose Mourinho, a my sami nie wiedzieliśmy co nas czeka w najbliższych miesiącach. Dwumecz z Francuzami wygraliśmy – oczywiście według wielu na farcie, bo przecież trzy miesiące działał efekt nowej, norweskiej miotły. Nie zmienia to jednak faktu, że Liga Mistrzów, szczególnie w tym sezonie, to rozgrywki, w których wszystko się może zdarzyć. Jak można nas skreślić w momencie losowania, kiedy poprzednie „skreślenie” nie zadziałało, kiedy Ajax wolą walki i przebojowością pokonał wielki Real Madryt, kiedy Barcelona nie jest mimo wszystko tą samą drużyną, z którą zmagaliśmy się w latach Pepa Guardioli.

Nie mam zamiaru się smucić. Uznałem, że jak odpadać to z taką drużyną jak Barcelona, a jak eliminować kogoś, to nie FC Porto, ale właśnie Barcelonę. Stęskniłem się za wielkimi meczami, rywalizacja z PSG (nawet ta porażka 0:2) przywróciła we mnie uczucia, o których myślałem, że zniknęły na zawsze, że ja dorosłem, a piłka nożna była ciekawsza jak było się nastolatkiem. Dwumecz z Portugalczykami może i dawałby większe szanse na awans do półfinału, ale nie zapadłby nam w pamięć. Uważam, że piłka nożna to emocje i wspomnienia, a takich najlepiej jest mieć jak najwięcej. Jakie wspomnienia może mieć Bayern, który w Bundeslidze nie ma sobie równych, „rozwala” każdego przeciwnika, a w Lidze Mistrzów nie istnieje? Mistrzowska patera ich już wszystkich z pewnością nudzi, więc tych emocji i tych wspomnień jest niewiele.

Kiedyś bardziej przeżywałem mecze. Głupi ja myślałem, że mam wpływ na to, co się dzieje na stadionie oddalonym ode mnie setki kilometrów. Teraz śledząc Manchester United i czekając na mecze, zastanawiam się jak to się wszystko potoczy i kto skradnie moje serce. W rundzie grupowej naoglądaliśmy się Ronaldo, w 1/8 finału Mbappe. Teraz czeka na nas Messi. I wiecie co? Czy odpadniemy, czy nie, cieszmy się, że zobaczymy sobie naszą drużynę na tle takiej Barcelony i Messiego. Żeby docenić to, że przez ostatnie pięć lat nie mieliśmy takich meczów, a dwa, że Messi też przecież wiecznie grać nie będzie.

Solskjaer jest słaby, a United w kryzysie

Pokonujesz w rozgrywkach Pucharu Anglii takie drużyny jak Arsenal i Chelsea, obie na wyjeździe, a odpadasz z nich po kiepskim meczu przeciwko Wolverhampton, drużynie dobrej, ale jednak niżej notowanej. Boli prawie tak, jak przegrany finał, bo przecież przy takim zestawie drużyn, o awansie do finału można było realnie myśleć. Gdyby nie te nieszczęsne „Wilki”.

Była to jedyna realna szansa na wygranie w tym sezonie jakiegokolwiek trofeum, choć oczywiście nie zapominam, że głównym rywalem do zdobycia go byłby całkiem dobry zespół, czyli Manchester City. Najgorsze jest po prostu to, że 1) finał był już blisko; 2) zastanawiasz się po co więc trzeba się było pocić w poprzednich rundach, skoro z tego i tak nic nie ma.

Nie ukrywam, że zapala się pomarańczowa lampka po ostatnich dwóch meczach Manchesteru United – dwóch przegranych. O ile w pierwszym z tych meczów (z Arsenalem) dało się zgonić na pecha, to jednak z Wolves zagraliśmy słabo. Jedynie Romero pokazał, że jest bardzo dobrym „bramkarzem na zastępstwo”, ale poza tym to wszyscy rozczarowali. Powody porażki są raczej znane: dobra forma Wolves, chyba jednak większa motywacja na ten mecz, no i wystawienie przez Solskjaera zbyt wielu zawodników bez meczowego rytmu do pierwszego składu.

Obawy kibiców Manchesteru United mogą być słuszne – „ten Solskjaer to wcale taki dobry nie jest, zadziałał efekt nowej miotły, dawać Poczetino”. Ale nie muszą. Ja uważam, że należało sobie już po pierwszych kilku meczach pod wodzą Norwega uświadomić, że taka forma nie będzie trwać wiecznie. Kryzys? Każda drużyna ma w sezonie „załamanie”, kryzys to zbyt odważne słowo. Załamanie miał Manchester City, załamanie miał Liverpool, ten „Poczetino” też ma za sobą załamanie i wcale nie przekonuje mnie swoją osobą, że musi wykonać robotę lepszą niż Solskjaer. W Niemczech załamanie miał Bayern, niedawno miała je Borussia, a we Włoszech są pierwszą porażkę w lidze odniósł Juventus.

Juventus jest dobrym przykładem. Drużyna wspięła się w minionym tygodniu na wyżyny i odrobiła stratę dwóch bramek, awansując do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Ich porażka w lidze przyjmowana jest jednak „na luzie”. Po prostu, zdarza się. W przypadku Manchesteru United awans okazuje się fartem, a kryzys był pudrowany, bo “Solskjaer”.

Żeby podejść na spokojnie do tematu zatrudnienia stałego menedżera Manchesteru United, należy sobie uświadomić, że ten sezon w połowie grudnia i tak spisaliśmy wszyscy na straty. Chyba nikt nie liczył na awans do przyszłorocznej Ligi Mistrzów poprzez “Top Four”. Wylosowanie PSG w 1/8 finału również pozbawiło nas złudzeń, że do tej czołówki w Europie nieprędko wrócimy. Puchar Anglii? Nie ma szans, bo przecież tyle silnych drużyn w nim występuje. Dlaczego nie można więc uważać przybycia Solskjaera jako powrotu “romantyzmu” na Old Trafford? Widzimy, że relacje w drużynie są o niebo lepsze niż były wcześniej. Widzimy, że zawodnicy czują się lepiej, nie ma jakiejś „niewidzialnej blokady” na boisku, a co najważniejsze – Manchester United znowu da się oglądać i meczów Manchesteru United nie chce się wyłączać aż do usłyszenia ostatniego gwizdka sędziego. Oglądajmy ten klub do końca sezonu, dajmy zrobić nowemu menedżerowi (oczywiście, że liczę, że to będzie Solskjaer) swoje transfery i nie zapominajmy, że prowadzi on drużynę, która została przez swoich własnych fanów spisana na straty, a cały jej skład to są ludzie poprzedników, czyli – na niektórych pozycjach – „szrot”, z którego coś na szybko trzeba wykonać. Efekty i tak są lepsze niż oczekiwano, ale to jest właśnie ten minus: dasz komuś palec, a on nagle chce rękę, mimo że o tym palcu to nawet jakiś czas temu jeszcze nie śnił.

City i tak by to wygrali

„City i tak by to wygrali” – napisał na Twitterze Tomasz Zieliński, pracownik Eleven Sports, który ma od czasu do czasu możliwość skomentowania meczów angielskich drużyn. Kiedy to napisał? Napisał to po meczu Manchesteru City w Pucharze Anglii, wygranym przez nich 3:2, gdzie dwa gole zostały im uznane, ponieważ… na stadionie nie było VAR-u i nie miał kto ich anulować.

To, że stwierdzenie to jest absurdalne to jedno. Robi się ono jeszcze gorsze, kiedy czytamy uzasadnienie: „bo to wielka drużyna”. Jak rozumiem, wielkie drużyny nie przegrywają. Wielkie drużyny zawsze odrabiają dwubramkowe straty. Wielkie drużyny mają prawo tłumaczyć błędne decyzje sędziego na swoją korzyść tym, że są – oczywiście na papierze – silniejsze? Dobrze wiemy, że często boisko weryfikuje i tak samo było chociażby w meczu United z Wolverhampton. Tak, obawialiśmy się tego meczu, ale graliśmy z drużyną teoretycznie słabszą. Jak się skończyło? Każdy wie. Gdyby piłka nożna była tak przewidywalna, że „lepsze” czy „wielkie” drużyny zawsze wygrywałyby z tymi słabszymi, nikt by jej nie oglądał.

Tweet Tomasz Zielińskiego wciąż „wisi”, nie pokusił się jeszcze o wyjaśnienie go bądź usunięcie. Najgorsze, że niesmak pozostanie, bo takie hasła zostawiają po sobie ślad w pamięci kibiców – w tym przypadku: Manchesteru United.

Nie rozpoczynajmy nowego sezonu, zróbmy lock-out. City to klasowa drużyna, nie ma sensu się pocić.

Czerwony jak Lindelöf

Na Facebooku zrobiłem sondę – Lindelöf i Wolverhampton: żółta czy czerwona kartka? Wyniki mnie zszokowały i nie potrafię ich zrozumieć.

Wydaje mi się, że odczytywanie tych wyników działa na czytelników tak, jak odczytywanie ankiet/głosowań czy podcieramy się na stojąco czy siedząco. Przepraszam za przykład, ale jest to klasyczna sytuacja, kiedy jedna grupa, głosująca za konkretną odpowiedzią, po odczytaniu wyników jest w szoku, że pod tą drugą – skandaliczną – opcją kryje się tak wiele osób.

I ja tak miałem, kiedy dowiedziałem się, że na żółtą kartkę zagłosowało ponad 50% głosujących. Chciałbym, aby wszyscy, którzy uważają, że Szwed zasłużył na żółtą kartkę uargumentowali swoją decyzję i tak naprawdę mnie do niej przekonali, bo ja w tym wślizgu widziałem agresywny atak z boku na podstawną nogę piłkarza zmierzającego (z piłką) w kierunku bramki. Nie obchodzi mnie gdzie to miało miejsce, bo nie ma znaczenia czy zasady złamiemy na środku boiska, czy w polu karnym. Nie obchodzi mnie też to czy za Lindelöfem nie było żadnego zawodnika United, był jeden czy było ich dziewięcioro. Ten faul mógł się skończyć dla zawodnika „Wilków” dużo gorzej, a jakimi argumentami sędziowie VAR się kierowali, to nie wiem. Liczę, że ktoś, kto w takiej ankiecie opowiedziałby się za „żółtą” kartką wyjaśni to w komentarzach.

Skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać?

Mam nadzieję, że takich słów jak te powyżej nie wypowie w najbliższych miesiącach Ed Woodward. Oczywiście odnośnie sytuacji z Davidem de Geą. Tak, Hiszpan ma słabszy okres. Tak, Romero zagrał bardzo dobrze przeciwko Wolverhampton. Tak, mieć takiego bramkarza jak Romero na ławce to super sprawa.

No, ale… negocjacje!

To jest właśnie ten problem, bo de Gea – mimo gorszej formy – zbudował sobie przez ostatnie lata dość dobrą pozycję do rozmów w sprawie nowego kontraktu. I słusznie. Jednak w obliczu występów Argentyńczyka, nie musi to oznaczać, że klub mu zaakceptuje wszystkie żądania. My, kibice, często opieramy się na sentymentach i na sympatii do niektórych zawodników. Nie da się ukryć, że chyba większość z nas bardzo się z Davidem zżyła. Ed Woodward i inni patrzą jednak na Manchester United pod innym kątem – biznesowym. Nie mówię, że coś musi być na rzeczy, bo Romero jednak jest starszy od Hiszpana, ale… warto zacząć się obawiać, jeśli rozmowy z de Geą będą się przedłużać, a jego oczekiwania finansowe nie będą maleć.

Dzięki Bogu ten Zidane jest zadowolony z Navasa, a klub (czyli Florentino Perez) będzie mu nakazywał (ale tak, żeby zbytnio go nie urazić) wystawianie Courtois. Niech się babrają w swoim.

Zostańmy przyjaciółmi

Jak się milczy i nie komentuje wielu spraw, nie zabiera głosu, to z perspektywy czasu nawet nieźle się na tym wychodzi. Nieźle za parę lat wyjdzie na swojej przygodzie z Manchesterem United David Moyes, który pięć lat po wyrzuceniu go z klubu przekonuje wszystkich, że w sumie to nie było źle, bo on zrobił wszystko, co tak naprawdę mógł.

Ciekaw jestem jakie spojrzenie na pracę Szkota na Old Trafford będą mieli kibice za 10 lat. Wydaje mi się, że Moyes będzie powszechnie tłumaczony, że Ferguson wycisnął z tej drużyny wszystko, co się dało, że Moyes nie mógł zrobić swoich transferów, że zawsze ciężko jest ogarnąć po swojemu coś, co działało przez lata. Widzę, że Moyes też przyjął taką taktykę i proponuje nam wszystkim zostanie przyjaciółmi.

Wszak w 10 miesięcy niewiele da się zrobić, a jeśli chodzi o transfery to pomysły były, ale udało się tylko zakupić Fellainiego. Że dogadany był już przecież Toni Kroos, że już prawie kupiony był Fabregas. No, po prostu masakra, biednemu zawsze wiatr w oczy. Tak naprawdę to nie wiem co poszło źle, dlatego zobaczycie, że lata 2013-2018 zostaną określone tytułem „okres przejściowy”. No, bo musiał taki okres być i każda drużyna przez taki marazm musiałaby jakość przebrnąć.

I nikt już nie będzie pamiętał o tym, że Rio Ferdinand i Nemanja Vidic – obrońcy wspaniali, którzy wygrali w piłce wszystko i stanowili najlepszą parę stoperów przełomu pierwszej i drugiej dekady tego wieku – słyszeli notorycznie od Moyesa, że muszą być jak… Phil Jagielka. Kim był i kim dziś jest Phil Jagielka?

Maciej JAGIEŁA

Dyskusja