manutd.com

Po zakończeniu obecnego sezonu Ole Gunnar Solskjaer udzielił długiego, trzyczęściowego wywiadu klubowej stacji MUTV, w którym podsumował swój dotychczasowy pobyt na Old Trafford w roli menedżera, a także opowiadał o planach na przyszłość związanych z pracą w Manchesterze United.

Poniżej prezentujemy wam tłumaczenie pierwszej części wywiadu z Norwegiem, w którym 46-latek refleksyjnie spogląda na pierwsze pół roku pracy na Old Trafford.

Wywiad z Ole Gunnarem Solskjaerem dla MUTV podsumowujący sezon 2018/2019 – CZĘŚĆ I

Spoglądając wstecz na te sześć miesięcy odkąd przewodzisz United, czego najbardziej nauczyłeś się na swój temat?

–  Tego, że nie lubię przegrywać. Lubię wygrywać. Zaczęliśmy fantastycznie. Chłopcy spisywali się niewiarygodnie dobrze, gdy dołączyłem do klubu. Byliśmy pozytywnie nastawieni, wygrywaliśmy nasze mecze. Cała drużyna się ze sobą zżyła i po prostu cieszyliśmy się ze zwycięstw. Wiem jednak, że piłka nożna bywa trudna. Nie można oczekiwać, że wszystko będzie cały czas szło tą drogą i w końcu rzeczywistość w nas uderzyła. Gramy w lidze, gdzie występuje wiele bardzo dobrych drużyn, więc aby prezentować się na naszym najwyższym poziomie, musimy pozostawać w 100 procentach skupieni. Do niektórych spotkań całą drużyną podeszliśmy naprawdę skoncentrowani i myślę, że to było fantastyczne. Człowiek dużo się uczy w sytuacji, gdy przechodzi przez trudne chwile. W takich momentach widzimy też wokół kogo możemy budować tę drużynę i kto według nas będzie w stanie zrobić jeszcze krok do przodu, ponieważ potrzebujemy wejść na wyższy poziom.

Byłeś już menedżerem w innych klubach, ale tutaj chyba musiałem przechodzić przez nowe sytuacje jeżeli chodzi o  radzenie sobie z piłkarzami?

– Tak, to była dla mnie wielka zmiana, ale to wciąż są tylko ludzie. Po prostu bardziej utalentowani ludzie niż piłkarze, z którymi do tej pory przyszło mi pracować. Byłem ich fanem przez wiele lat, czy to w Norwegii czy też w Cardiff, więc możliwość pracy z nimi i poznania ich, a także rozmów z nimi każdego dnia, w pewien sposób otworzyła mi oczy. To wciąż chłopcy z topowymi umiejętnościami, którzy chcą się rozwijać i uczyć. Jednak ludzka natura ma to do siebie, że traci pewność siebie, gdy sprawy nie układają się po myśli. To samo jest z Norwegami i tak samo było z zawodnikami Cardiff. Musimy z nimi pracować każdego dnia i prowadzić ich, pomagać im. To właśnie robimy.

Czy przegrywanie meczów w roli menedżera to gorsze uczucie niż w roli piłkarza?

– Zdecydowanie. Porażki są 100% gorsze, gdy jest się menedżerem. Przez cały czas patrzysz wtedy na siebie jako trenera i zadajesz sobie pytania: “Czy powinienem był wybrać inny skład lub dobrać inną taktykę? Czy tydzień treningów nie został najlepiej przepracowany?” Wszystko wtedy przechodzi przez twoją głowę. Gdy działo się to, gdy byłem jeszcze piłkarzem, to zaraz mieliśmy kolejny mecz, więc tylko myślałem: „Muszę po prostu słuchać menedżera i wykonywać swoją pracę”. Jest więc w tej kwestii znacząca różnica, ale nauczyłem się w swojej karierze trenerskiej jak szybko ruszać dalej. Jeżeli zamierzasz o tym myśleć za pięć lat, to w porządku, poświęć temu trochę czasu. Jeżeli jednak tak nie zamierzasz o tym myśleć za pięć lat, to puść to w niepamięć i ruszaj dalej.

Mocno chwalisz swoich współpracowników, tj. trenerów Michaela Carricka, Kierana McKennę, Marka Dempseya i Mike’a Phelana. Jak się z nimi do tej pory pracuje?

– Podczas pierwszych kilku tygodni, gdy przyjeżdżałem na treningi o 7:30 rano, to myślałem, że będę jednym z pierwszych w ośrodku. Jednak gdy wyglądałem przez okno widziałem już, że Michael, Kieran i Demps są już na miejscu i siedzą tam! Mike ma trochę dalej, więc zazwyczaj pojawiał się o 8:30 rano i wtedy wszyscy siadaliśmy dyskutując na różne tematy związane z klubem. Jesteśmy drużyną. Przejmujemy od siebie różne rzeczy i mamy też różne umiejętności, więc cieszę się, że mam taki sztab szkoleniowy wokół siebie. Mike ma wielkie doświadczenie, jako że był tutaj już razem z Bossem [sir Aleksem Fergusonem], a wcześniej grał tu jako piłkarz. Michael był zawodnikiem tego klubu i miał do czynienia z różnymi fantastycznymi menedżerami w osobach Jose Mourinho, Davida Moyesa, Louisa van Gaala i sir Aleksa Fergusona. Mam szczęście, że pracujemy ze sobą, bo wszyscy możemy się od siebie uczyć.

Mike niedawno podpisał trzyletni kontrakt, aby być w tym czasie twoim asystentem.

– Jestem z tego powodu bardzo zadowolony. Kiedy Ed Woodward zadzwonił do mnie w grudniu ubiegłego roku, to nie rozmawiałem jeszcze z Mike’iem, ale wymieniliśmy poglądy, gdy byłem jeszcze w Cardiff. Był wtedy bez pracy, a my rozmawialiśmy z godzinę bądź dwie. Gdy więc otrzymałem tę pracę zapytałem siebie samego: „Czego będę potrzebował”? – i od razu pierwszy telefon, jaki wykonałem, był do Mike’a Phelana. Nie mogłem się jednak do niego dodzwonić, bo wówczas przebywał na sesji trenerskiej w Burnley College. Udało mi się to dopiero siedem czy osiem godzin później. Dopóki nie otrzymałem od niego telefonu zwrotnego, przez kilka godzin zastanawiałem się: „Co jeśli, nie będzie chciał tutaj przyjść?”, ponieważ był moim pierwszym wyborem. To chłopak o ogromnej wiedzy, a do tego jest bardzo lubiany w środowisku. Choć nie powinienem mówić „chłopak”, w końcu jest znacznie starszy ode mnie! [śmiech] Grałem pod jego wodzą, a teraz mogę z nim pracować, co jest dla mnie bardzo ważne. Po tym jak otrzymałem stałą umowę przekazałem Edowi Woodwardowi, że musimy upewnić się, że to samo stanie się z Mike’iem.

Czy jest więcej takich dobrych wieści, które z kolei dotyczą pozostałych trenerów ze sztabu szkoleniowego w osobach Michaela Carricka, Kierana McKenny i Marka Dempseya?

– Tak. Wszyscy zostają z nami. Uważam, że to ważne, ponieważ w ten sposób możemy pchnąć drużynę do przodu. Dzielimy się obowiązkami, a poza tym to wyśmienici trenerzy. Kieran ma zaledwie 32 lata, a można odnieść wrażenie, że 32 lata to on już trenuje. Z Dempseyem pracuje od 2011 roku, kiedy to wróciłem do Norwegii i zabrałem go ze sobą do Molde. To chłopak Manchesteru United z krwi i kości. Jest wychowankiem klubu, gdzie z drużyny młodzieżowej wyszedł razem z Normanem Whiteside’em i Markiem Hughesem. Z tego co kojarzę był tam kapitanem i później zagrał raz dla pierwszej drużyny. Wie jakie to wszystko ma tutaj znaczenie. Co do Michaela – co mogę powiedzieć o Michaelu, czego nie wiedzą wszyscy inni? Gdy przyszedł do drużyny, to był mój ostatni sezon w roli piłkarza, więc grałem z nim przez rok. Ma osobowość, z którą naprawdę dobrze mi się współpracuje.

Wracając do zakończonego już sezonu – czy jest jakiś szczególny mecz bądź występ drużyny, który zapadł ci w pamięć?

– Mieliśmy swoje wzloty i upadki. Oczywiście, gdy zaczyna się przygodę w klubie w meczu przeciwko Cardiff, to można odnieść wrażenie, że to wszystko było zapisane w gwiazdach, że akurat przeciwko tej drużynie rozgrywam swój pierwszy mecz w roli menedżera tego zespołu. Strzeliliśmy pięć bramek i można było dostrzec energię w tej drużynie i chęć parcia do przodu. Pomyślałem wtedy: „Łał, w tej drużynie jest kilka naprawdę utalentowanych zawodników, nie mogę się już doczekać dalszej pracy z tą grupą piłkarzy”. Później przyszły mecze wyjazdowe z Tottenhamem w lidze oraz Arsenalem i Chelsea w Pucharze Anglii – to były naprawdę fantastyczne wyjazdowe występy. Musimy po prostu poprawić naszą formę w meczach u siebie, aby wygrywać więcej takich spotkań i być w tych pojedynkach częściej stroną dominującą. Uważam, że radziliśmy sobie fantastycznie w grze z kontry, ale musimy poprawić się, jeżeli chodzi o dominacje nad rywalami. Ostatnia część sezonu była dla nas trudna, ale nie oznacza to, że drużyna czy piłkarze stali się gorsi. Po prostu doświadczyliśmy tego, że bywa ciężko. To był dla piłkarzy długi, emocjonujący sezon – wymagający pod względem fizycznym i emocjonalnym. Gdy traci się menedżera w połowie trwających rozgrywek, to nie jest to prosta sytuacja dla zawodników.

Jak różni się obecnie Premier League od czasów, gdy sam w niej jeszcze występowałeś?

– Ogromnie. Panują odmienne style gry, więcej drużyn gra w kontynentalnym stylu, a same rozgrywki stały się zdecydowanie bardziej konkurencyjne. Jest ogromna różnica. Mamy w lidze sześć drużyn, o których można powiedzieć, że rywalizują o trofea, podczas gdy w czasie, gdy sam grałem, zazwyczaj był to jeden klub lub dwa, a więc my i Arsenal bądź Chelsea. Tymczasem tutaj niedawno Leicester City wygrało ligę, Everton jest mocnym rywalem. W lidze ogólnie jest 10 drużyn, które mogą zakwalifikować się do europejskich pucharów. Patrząc na to, że Manchester City może zdobyć krajową „potrójną koronę”, podczas gdy to Liverpool i Tottenham grają w finale Ligi Mistrzów, a Chelsea i Arsenal w finale Ligi Europy, to możemy powiedzieć, że rywalizujemy w lidze z najlepszymi klubami na świecie. Tego wyzwania nie da się przyjąć z łatwością. To wielkie wyzwanie dla tego klubu, największego i najlepszego klubu na świecie.

Jesteś tak bardzo optymistyczną osobą, skąd to się bierze?

– Zawsze byłem optymistą. Grając jako napastnik, musisz być optymistą. Obrońcy, jak i bramkarze, muszą być pesymistami. Zawsze żyłem z błędów obrońców i wyciągałem pozytywy ze swojego umiejętnego poruszania się po boisku, gdzie zawsze szukałem okazji na zdobycie gola. Muszę przyznać, że przez całe swoje życie, zawsze szukam możliwości, aby rozwiązać dane sytuacje. W przyszłym roku nie zagramy w Lidze Mistrzów, ale będziemy grać w Lidze Europy, gdzie podczas naszego ostatniego występu w tych rozgrywkach, odnieśliśmy sukces i wygraliśmy ją dzięki Jose Mourinho i jego drużynie. Tak więc będzie to dla nas kolejna okazja do tego, aby zdobyć ten puchar w przyszłym roku. Oczywiście to będzie też szansa do zaprezentowania się dla innych zawodników, ale zawsze już tak na to patrzyłem. Kiedyś byłem kontuzjowany, złamałem kość policzkową. Wtedy pomyślałem sobie, że mogę w tym czasie pracować nad czymś innym. Taka jest już moja natura. Nie lubię być negatywnie nastawiony bądź surowym wobec siebie. Nie zrozum mnie źle, wymagam od siebie i swojej rodziny prawdopodobnie więcej niż ktokolwiek inny, ale przy tym wszystkim wciąż trzeba pozostawać optymistą.

Jednym z niewątpliwych pozytywów zakończonego sezonu jest wsparcie, jakie otrzymywaliście ze strony fanów, zarówno na Old Trafford, jak i w meczach wyjazdowych. Jak bardzo ci zaimponowali?

– Bardzo! Grałem tutaj przez 11 lat, później byłem trenerem w tym klubie, a teraz jestem jego menedżerem, a tymczasem oni przez cały czas są niewiarygodni. Grałem z różnymi obcokrajowcami, teraz także mamy w składzie zawodników z różnych kultur. Gdy w drużynie przydarzają się złe i trudne czasy, fani naprawdę potrafią wbić szpilę w piłkarzy, ale nasi tego nie robią. Nasi kibice rozumieją piłkę nożną. Wiedzą, że w piłce nie idzie się do sklepu i kupuje trofeum. Trzeba na to zasłużyć. Wspierają nas, a my potrzebujemy ich wsparcia, które jest niesamowite przez te wszystkie lata, przez które jestem związany z tym klubem. Wróciłem do domu na 8 lat, a mimo to za każdym razem, gdy śpiewają moją piosenkę, mówię moim dzieciom, aby przysłuchały się, bo to pieśń na cześć ich taty. To fantastyczne. Oczywiście nie śpiewają jej, nie. Myślę nawet, że mają jej już dość [śmiech], ale są naprawdę wielkimi fanami Manchesteru United.

Dyskusja