tv2.no

Mark Dempsey jest kluczowym członkiem sztabu szkoleniowego Manchesteru United. W przeszłości udało mu się dwa razy wybiec na boisko z czerwonym diabełkiem na piersi w latach 80′.

Urodzony w Manchesterze środkowy pomocnik reprezentował w swojej karierze takie kluby jak Sheffield United czy Rotherham United. Teraz razem z Ole powrócił do domu. Wcześniej m. in. pomagał Norwegowi w Molde.

Ma on do opowiedzenia fascynującą historię o tym, jak przebijał się przez kolejne szczeble w Manchesterze United, o wielkiej szansie, jaką dostał od Rona Atkinsona, a także o drodze, która doprowadziła go na Old Trafford, tym razem już jako trenera. Jego miłość i pasja do gry są prawie tak mocne, jak miłość do samego Manchesteru.

Wywiad

Zaczynałeś w Manchesterze United jako młody chłopak. Możesz nam opowiedzieć o tych czasach?

– Tak, dołączyłem tutaj mając 12 lat. Przychodziliśmy tu w wakacje i inne tego typu okazje, a jako 14-latek zapisałem się do szkolnej grupki. Wydaje mi się, że Tommy Docherty był wtedy menadżerem. Tak, w 1978 to był Tommy Doc, a później Dave Sexton. Przez jakiś czas się uczyłem, a w 1982 roku zostałem profesjonalnym piłkarzem. Byłem w młodzieżowej drużynie Erica Harrisona. Dobrze było zobaczyć kilka znajomych twarzy na pogrzebie Erica, chociaż szkoda, że przy tak smutnej okazji. Dużo wspominaliśmy o Ericu. Mieliśmy dobry zespół – Mark Hughes, Norman Whiteside, Graeme Hogg, Clayton Blackmore, Billy Garton – wielu udało się przebić. Przegraliśmy finał z Watfordem 7–6 [dwumeczowy – dop. red.]. Mieli u siebie takich zawodników jak John Barnes i Jimmy Gilligan. Od tego czasu zawsze kręciłem się w okolicach pierwszego składu. Grali wtedy świetni środkowy pomocnicy – Bryan Robson i Ray Wilkins. Paul McGrath i Norman Whiteside również tam byli. Jeśli mam być szczery, to ja stanowiłem dla nich wagę piórkową i oczywiście nie byłem na tyle dobry, aby się przebić. Złapałem parę występów, ale postanowiłem odejść, chociaż oni chcieli, abym został. Ja chciałem jednak regularnie grać w piłkę. Przeniosłem się do Sheffield United, najpierw na wypożyczenie, a potem podpisałem z nimi stały kontrakt. To były fantastyczne czasy. Podróżowałem po całym świecie i grałem z świetnymi piłkarzami. To również jest mój klub. Ze strony taty wszyscy byli na “Czerwonymi Diabłami”, a ze strony mamy za Sheffield, więc udało mi się spełnić marzenia. Pamiętam, że jako chłopiec biegałem oglądać ich treningi. To były szczęśliwe dni.

Dużo pamiętasz ze swoich występów w pierwszym składzie? Na pewno jesteś w stanie odtworzyć każdą sekundę!

– Zabawne, ale to prawda. Przeciwko Spartakowi Varna w 1983 wybiegłem na Old Trafford, kiedy prowadziliśmy 2-0. Grałem jakieś pół godziny. Wszedłem za Kevina Morana. To zaskakujące, bo byłem pewien, że zamieniłem Robbo albo Raya Wilkinsa, ale to był Kevin. Udało mi się oddać piękny strzał. Frank Stapleton położył jednego z obrońców na skraju pola karnego, a ja uderzyłem z granicy pola karnego półwolejem. Bramkarz mógł unieść tylko ręce, ale piłka odbiła się od niego i poleciała wyżej. Może gdybym strzelił w okienko… Ligowy debiut zaliczyłem przeciwko Ipswich w 1985, kiedy wypadł Robbo. Dostałem koszulkę z numerem 7, co było bardzo miłe!  Powiedziałem wnukom, że nosiłem słynną koszulkę z tym numerem! Spisałem się nieźle. Wygraliśmy 1-0, gola strzelił Frank po dośrodkowaniu Jaspera Olsena. Pamiętam, jak machałem do kumpli na trybunach, a oni krzyczeli: “Demmo, Demmo”. Zebrałem całkiem niezłe oceny za ten występ. Byłem pewien, że wystąpię też w następnym spotkaniu przeciwko Aston Villi. Rozmawiałem z wszystkimi z pierwszej drużyny o rzutach wolnych i rożnych. Nawet powiedziałem tacie, że wystąpię. Specjalnie przyjechali z Labour Club albo Cleveland w Crumsall, nie pamiętam już. W dniu spotkania, na przedmeczowym posiłku Big Ron powiedział, że dokona tylko jednej zmiany. Powiedział: “Demps, spisałeś się świetnie, ale trochę się martwię o wybieganie Steve’a Hodge’a”. Więc stwierdziłem, że okej, mogę go asekurować. Trener zadecydował jednak, że wpuści Claytona zamiast mnie. Ironicznie, Clayton strzelił wtedy wolnego, który stał się jego firmowym zagraniem, więc…

Taka jest właśnie piłka nożna? Clayton zdobywa gola z rzutu wolnego, a twój strzał zostaje obroniony przez bramkarza, chociaż sprawy mogły się potoczyć zupełnie inaczej?

– Słuchajcie, gdybym był wystarczająco dobry, to bym się przedarł. Nie osiągnąłem odpowiedniego poziomu. Uważam, że moja kariera była bardzo udana, stałem się trochę obieżyświatem, ale otrzymałem też dobre wykształcenie piłkarskie. Otoczony świetnymi zawodnikami, trenerami, standardami, które wyznaczaliśmy jako klub, podróżując po całym świecie. To były świetne podstawy do mojej kariery trenerskiej, brać udział w tych grach i czerpać z tego doświadczenie. Zatrzymałem się w odpowiednim momencie. Mój pierwszy młodzieżowy trener nazywał się Syd Owen. Był świetny, ale pracowałem z nim zaledwie przez dwanaście miesięcy. Był wspaniałym człowiekiem i naprawdę dobrym trenerem, nieco wyprzedzającym swoje czasy. Wszystkie treningi pod jego okiem wykonywane były z piłką. Bardzo koncentrował się na podaniach i tym myśleniem wyprzedzał niektórych ówczesnych trenerów. W 1959 roku dostał nagrodę zawodnika meczu w finale FA Cup jako piłkarz-menadżer Luton Town. Potem przyszedł Eric Harrison. Wszystko co zostało powiedziane na jego temat, było prawdą. Uczył gry oraz tego jak dorosnąć i stać się mężczyzną. Miał bardzo duży wpływ na to, jak postrzegaliśmy piłkę nożną.

Czy cały czas uczyłeś się takich rzeczy po tym, jak przeniosłeś się do Sheffield United i spróbowałeś piłki na innym poziomie?

– To inny rodzaj piłki nożnej, kiedy przechodzi się do Championship, czy też Division Two, jak się wtedy jeszcze nazywała. W United byłem małym, uroczym rozgrywającym, a nagle zaczęto ode mnie wymagać ustawiania się między liniami, zbierania drugich piłek i innych tego typu rzeczy. Jeśli więc chcesz, uczysz się innego rodzaju grania. Pamiętam, jak pierwszy raz zostałem “przydepnięty”. To był mecz przeciwko Plymouth Argyle, a zrobił to John Matthews. Jakby wysyłał mi wiadomość – witamy w prawdziwym świecie. Pomyślałem wtedy: “wow, chyba pora dorosnąć”. Był u nas gość, który nazywał się Steve Foley. Był Scouserem. Powiedział do mnie: “Demps, o to właśnie tutaj chodzi”. Tak, jakby mnie klepnął w kark. Musiałem dorosnąć i już nie wróciłem do tego, jak grałem w Manchesterze United. Mój typ gry zmienił się, ponieważ grałem w lidze niżej. Z Sheffield przeniosłem się do Rotherham i stałem się funkcjonalny, jeśli można to tak nazwać. Jednak kiedy wiele lat później przeniosłem się do rozgrywek amatorskich, w których grałem długo, aż do 40-stki, wróciłem do bycia rozgrywającym i dobrze się bawiłem. Wciąż jednak mam w sobie ten inny rodzaj grania, który się we mnie zakorzenił. Dużo doświadczyłem, grając w piłkę nożną.

Czy to dobra lekcja dla młodych zawodników – cały czas mogą zmieniać swoją grę i się rozwijać?

– Cóż, najlepiej jest być cały czas na topie z najlepszymi i uczyć się przez praktykę, jeśli jest to możliwe. Nie wydaje mi się jednak, żeby komukolwiek wyszło na złe poznawanie innych doświadczeń i środowisk. Różne szatnie, różni piłkarze, różne boiska i tego typu rzeczy. Trzeba jednak chcieć się uczyć i pozwolić sobie na to, dopiero wtedy zacznie działać. Czasami nawet trudno zdać sobie sprawę, że uczy się czegoś nowego. Do momentu, kiedy zaczynasz się zastanawiać, czego konkretnie potrzebujesz i przypominasz sobie, że to było na treningu albo trener o tym wspominał. Możesz więc użyć tego na swoją korzyść i być może na korzyść ludzi, z którymi pracujesz.

Zawsze chciałeś być trenerem?

– Tak, zawsze. W pewnym sensie mój tata był trenerem. Nie profesjonalnym, ale pracował w Manchesterze City i Southport i zawsze miał, wciąż ma, niesamowitą pasję do tej gry. United to jego życie, United i lokalny basen. Jest już coraz starszy, ale przekazał mi pasję do gry, pragnienie, aby z każdym dniem starać się być lepszym. Czasami zabierał mnie do parku i razem nad czymś pracowaliśmy. Oglądałem z nim zawodników, on oczywiście obserwował “Busby Babes” i dorastał wraz z niektórymi z tych zawodników. To było też we mnie. Od dziecka byłem głośny. Pamiętam, że w szkolnej drużynie byłem kapitanem. Kiedy dołączyłem do Sheffield United menadżerem był Billy McEwan – Szkot, który miał równie wielką pasję do gry. Dobry trener i dobry menadżer. Kiedy dotarłem tam po podpisaniu kontraktu, odebrał mnie z pociągu. Wsiedliśmy do samochodu, a on powiedział: “okej synu, posłuchaj tego”. Puścił taśmę z Billem Shanklym opowiadającym o piłce nożnej. Pamiętam, jak siadałem czasem z nim i zajmowałem się jakąś pracą, a on mówił do mnie: “kiedyś będziesz dobrym trenerem”. Wtedy miałem dopiero 21 czy 22 lata, ale potem urodziło mi się trzech synów i każdy z nich grał w piłkę nożną. Trenowałem ich drużyny i tak zaczęła się moja przygoda.

Tak to się zaczęło, ale jak trafiłeś z powrotem do United?

– Dzięki Billy’emu, mojemu najmłodszemu synowi. Pomagałem Radcliffe Borough i częścią mojej pracy było pilnowanie dzieciaków. Kevin Glendon był menadżerem, a Bernard Manning Junior prezesem. Spytali mnie o wzięcie udziału w turnieju, dla jednej z lokalnych drużyn. Chłopak grał dla Boundry Park, gdzie chyba kiedyś grał Nicky Butt, a także mój kuzyn Chris Makin. Dzieciak został zauważony przez scouta Phila Brogana, którego już tutaj nie ma, a dwa dni później otrzymałem telefon. To był Paul McGuinness, który spytał: “czy mogę rozmawiać z Markiem Dempseyem, tatą Billy’ego? To nie ty, prawda Demps?”. Odpowiedziałem, że tak, to ja. Pierwsza rzecz, o którą mnie spytał, to czy chłopak jest tak samo dobry, jak ja. Odpowiedziałem, że jest lepszy. Paul zaprosił go więc na okres próbny, a ja pojechałem obserwować treningi. Trenowali w szkole Ashton-on-Mersey. W tej grupie wiekowej byli też Fraizer Campbell i Danny Simpson. To była dobra grupa, właśnie wrócili bodajże z Dallas Cup. Dołączył do nich, a następnego dnia Paul zapytał mnie o zdanie. Zaznaczyłem, że to świetna grupa i o wiele wyższy poziom niż ten, z jakim miał do tej pory do czynienia. Grali bardzo szybko, wydawało mi się, że czasem ktoś powinien wziąć głęboki wdech, rozejrzeć się i posłać podanie tu lub tam. Odpowiedział, że właśnie rozmawiali na ten temat z Ericiem i zaprosił mnie na spotkanie z nim, dwa dni później. Gadaliśmy tylko o piłce nożnej. Nie widziałem go od dziesięciu lat, a może nawet dłużej, ale spotkał się ze mną i poprosił o pomoc z chłopakiem z U-11, który nazywał się Andy Smith. To był 1999, wspaniały rok! Zdobyłem odpowiednie kwalifikacje w akademii, ale potrzebne były jeszcze te z UEFA. Klub wysłał mnie na kurs, abym zdobył licencję UEFA B. Prowadził go Andy Welsh z PFA, a reszta potoczyła się jak kula śnieżna. Rozwijałem się jako trener. Ten klub gwarantuje pewne możliwości, a ja osiągnąłem je w 2002 roku.

manutd.com

Twoje imię wypłynęło, kiedy rozmawialiśmy z jednym z młodzieżowych trenerów Marcusa Rashforda. Pomogłeś dostać się mu do programu MANUSS…

– Tak, ale nie współpracowałem wtedy z Marcusem. Pamiętam, że raz podwoziłem go samochodem, bo mieszkał niedaleko stąd. To zabawne, bo pracowałem z grupą, w której byli Jesse Lingard, Ravel Morrison i Will Keane. To był świetny zespół – Ryan Tunnicliffe, Larnell Cole, Tom Thorpe. Awansowałem w grupach wiekowych i zostałem trenerem drużyny U-16 w 2009. Skończyli wtedy po 16 lat, więc miałem okazję ich poznać. Było też wielu, z którymi współpracowałem w innych grupach wiekowych – Danny Welbeck, Matty James i inni. To był dla mnie świetny czas, pracowałem razem z Tonym Whelanem i Paulem McGuinessem. Podróżowaliśmy po całym świecie na różne turnieje i każdego dnia czegoś się uczyłem. Codziennie siadywałem kantynie i słuchałem sir Aleksa Fergusona, wyłapując jakieś szczegóły. To było coś jak uniwersytet trenerski. Spędziłem tam świetny czas jako młody, rozwijający się trener i było to dla mnie nieocenione przy następnych wyzwaniach.

Następnym krokiem było dołączenie do Ole i podróż do Norwegii…

– Opuściłem to miejsce w 2009 i ruszyłem do Skandynawii. Dołączyłem do klubu o nazwie Tromso. Rozmawiałem o tym z Ole, ale jeszcze nie znałem go zbyt dobrze. Pomagałem mu trochę, kiedy dołączył do akademii. W ostatnim roku, kiedy tam byłem, Ole często przychodził pogadać z dzieciakami i wytłumaczyć im jak to jest być piłkarzem i jakie standardy trzeba spełniać. Obserwował kilka sesji i gadaliśmy razem o piłce. Kiedy dostałem ofertę z Norwegii, powiedziałem mu o tym, a on odparł: “leć tam, spisz się, naucz języka, naucz ligi, bo za parę lat ja również się tam pojawię”. Nie traktowałem tego serio, ale dotrzymał słowa. Dostał pracę w 2011 roku. Ja pracowałem tam od 2009. Zadzwonił do mnie i spytał, czy nie chciałbym być jego asystentem w Molde, dla którego kiedyś grał. Przejął tam stery, a ja od pierwszego dnia czułem się świetnie w tym klubie. “Zatrybiło” i wygraliśmy ligę. Nigdy wcześniej tego nie dokonali, a na dodatek to było 100-lecie istnienia tego klubu. Pokonaliśmy Rosenborg, który jest tam naprawdę wielką marką. Szczerze mówiąc, Ole zrobił to, co sir Alex. Powiedział, że musimy zrzucić ich z tej grzędy, tak samo jak sir Alex o Liverpoolu. Udało nam się to, a potem powtarzaliśmy ten wyczyn. To były szczęśliwe dni. Bardzo dobrze poznaliśmy się przez ten czas, razem podróżowaliśmy i świetnie nam się współpracowało.

Kiedy to się stało i gdzie wtedy byłeś, gdy dowiedziałeś się, że wracasz pracować do Manchesteru United?

– Zaprosił mnie na boisko treningowe, aby obserwować drużynę. To był 28 grudnia – urodziny mojej mamy, dlatego nigdy nie zapomnę tej daty. Nie rozmawialiśmy o pracy, ani nic takiego. Po prostu obserwowałem trening, obłożony norweskim sprzętem jednego z klubów, dla którego pracowałem. Cieszyłem się tym, że mogę tu być i porobić parę notatek. Przywitałem się z Kieranem McKenną i Michaelem Carrickiem. Wtedy Ole zaprosił mnie do swojego gabinetu. Rozmawialiśmy o piłce i stwierdziłem, że to wszystko jest niesamowite. Powiedział, że zostawi mnie z tym na kilka minut i wyszedł. Rozglądałem się więc z zachwytem, a kiedy wrócił, miał w ręce kilka rzeczy, w tym koszulkę z moim nazwiskiem. Powiedział, że mam nie myśleć o wybieraniu się gdziekolwiek indziej, bo chce mnie tutaj, obok siebie. To było fantastyczne!

zimbio.com

Mimo wszystko jesteś człowiekiem z Manchesteru United, więc jak wiele znaczyła dla ciebie ta rozmowa?

– To wszystko wydaje się odrobinę nierealne. Wiem, że się wydarzyło, ale ciężko mi w to uwierzyć. Szczerze mówiąc spodziewałem się, że Ole tutaj trafi, bo zawsze czułem, że ma umiejętności, aby zostać menadżerem Manchesteru United. Spisał się całkiem dobrze do tego czasu i pokazał, że potrafi poradzić sobie na tym poziomie i pracować z takimi piłkarzami. Fantastycznie było przekazać tę wiadomość mojej rodzinie, mamie i tacie, żonie oraz dzieciom. Oni wszyscy kibicują temu klubowi. Nie wiem czy to możliwe, ale chyba byli bardziej zadowoleni z tej wiadomości, niż ja!

Jaki jest Ole, jako menadżer? Co więcej potrafi zapewnić, poza uśmiechem na ustach?

– Teraz muszę uważać, bo jest moim szefem. Myślę, że nie będę zbyt pochopny, jeśli stwierdzę, że jest wspaniałym człowiekiem, który rozumie innych. Uważam, że to bardzo cenne w naszej profesji. Jednak z całą pewnością nie jest miękki, ani grzeczny. Potrafi taki być, gdy wymaga tego sytuacja, ale jeśli musi być twardy i bezwzględny, to taki będzie. Nie cierpi głupców. Myślę, że najważniejsza na tym poziomie jest jego wiedza na temat gry. Świetnie orientuje się w taktyce. Rozumie piłkę nożną i dostrzega ważne rzeczy. Czasami zastanawiam się jak, ale on potrafi coś dostrzec. Myślę, że było widać, jak studiuje grę. Grał też w Football Managera na X-Boksie. Nie wiem czy to mu pomogło, ale posiada wiele cech potrzebnych na tym poziomie. Bardzo wiele wnosi swoją postawą lidera, chociaż są rzeczy, które musi poprawić. Każdy może być lepszy, a on to rozumie. Myślę, że nauczył się tego. Jest menadżerem od 250 spotkań. Pracował w Europie, a także w Premier League, w klubie, którego sytuacja była bardzo skomplikowana. Na pewno mógł wiele rzeczy zrobić inaczej. Jednak nauczył się z tego doświadczenia i to jest najcenniejsza rzecz, jaką można robić w życiu. Dlatego jest na najlepszej drodze, aby zostać topowym menadżerem. W mojej opinii na pewno kiedyś osiągnie ten poziom.

Jak ważne jest dla lidera, aby mieć wokół siebie ludzi, których szanuje, ufa im i słucha ich zdania przed podjęciem decyzji?

– Uważam, że zebrał tutaj świetny zespół. To ważne. Przyszedł tutaj i przestawienie się nie stanowiło dla niego problemu. Kieran i Michael wykonują wspaniałą pracę. Nie mówię tak tylko dlatego, że tutaj siedzę. Wystarczająco długo się tym zajmuję, aby rozpoznać ludzi z odpowiednią jakością, którzy będą potrafili wykonać swoją pracę dobrze. Są bardzo skrupulatni w tym co robią, obaj młodzi, obaj głodni wyzwań i gotowi do rozwoju. Widać to po tym, jak wykonują swoją pracę każdego dnia. Oczywiście jest też Mike Phelan, który już tutaj był, dokonał i widział wszystko w tym klubie. On rozumuje i spogląda na rzeczy inaczej, niż wielu ludzi. Wspiera chłopaków, potrafi zbierać informacje i obserwować. Świetnie współpracuje z Ole. To naprawdę dodaje pewności, pracować w takim środowisku każdego dnia. Dla mnie praca z tymi ludźmi to wspaniałe doświadczenie.

manutd.com

To wygląda jak dobry miks trenerów, ale w tym wszystkim wspólnym rdzeniem wydaje się Manchester United…

– Tak myślę. To zdrowe dla klubu. Widzieliście ich za linią boiska. Rozmawiają ze sobą, komunikują się. To nie zawsze jest pełna zgoda. Każdy ma swoją opinię, a to dobrze wpływa na całość. Koniec końców, to Ole jest szefem i podejmie decyzję. Ma w sobie to, że zachęca do dzielenia się opiniami, ceni je, cieszy się nowymi pomysłami, ale i odrzuca je, jeśli uważa to za konieczność. To część bycia dobrym przywódcą. Nie ma wielkiego ego. Nie uważa, że wie wszystko. Respektuje inne pomysły i słucha opinii pozostałych ludzi, co jest bardzo potrzebne.

Na koniec, jak podekscytowany jesteś czekającą was przyszłością?

– Ekscytuje mnie każdy dzień! Nie mogę się doczekać, aby znów wrócić do pracy. Będziemy w pełni wykorzystywać każdy dzień i to jest najlepsze życiowe motto: nie patrz za daleko w przód. Żyj momentami. Myślę, że wszyscy tak robią w naszym klubie i fantastycznie jest być tego częścią.

Dyskusja