CBS Europe

Są zawodnicy, z którymi mam bardzo skomplikowane relacje. Pomijając już fakt ich niewiedzy o moim istnieniu, nie umiem się zdecydować czy ich lubię, czy jednak nie za bardzo. Moje przemyślenia na temat Wayne’a Rooneya to temat na esej, jednak dziś pochylimy się nad Paulem Pogbą.

Jak zapewne już zdążyliście wywnioskować po tytule oraz wstępie, moje podejście do francuskiego rozgrywającego jest bardzo ambiwalentne. Z jednej strony wiem, że pozostała część składu umiejętnościami nie wyrasta ponad jego kolana. No dobra, może David de Gea mógłby z nim konkurować, jednak porównywanie pozycji bramkarza i rozgrywającego jest na tyle karkołomne, że się go nie podejmę. Z drugiej strony czasem mam ochotę w niezbyt przyzwoity sposób poprosić Francuza, aby odszedł z tego klubu i nigdy już do niego nie wracał.

Piękna alegoria

Właściwie to Paul Pogba jest piękną alegorią całego post-fergusonowego Manchesteru United. Kiedy już wydaje się, że na końcu tunelu widać światełko, chwilę później okazuje się, że to pociąg towarowy nadjeżdża, aby zmiażdżyć nasze marzenia. Pomocnik „Czerwonych Diabłów” pod wodzą Jose Mourinho wypracował sobie pewien cykl i to był jedyny rodzaj powtarzalności, jaki u niego widzieliśmy. Jedno spotkanie grał fantastycznie, w drugim był przecięty/niewidoczny, a trzecie to już czysty pokaz nieudolności, kiedy trudno było określić, czy bardziej sfrustrowany jest sam piłkarz, czy może kibice, którzy muszą go obserwować.

Kolejna sprawa, która nie daje mi spokoju, to pozaboiskowe zachowanie Francuza. Nie jestem z grupy tych kibiców, którzy marudzą na to, że zawodnicy mają konto na Twitterze czy Instagramie. Przykro mi, witamy w XXI wieku. Trudno jednak zaprzeczyć temu, że same wypowiedzi Pogby nie pomagają mu zjednać sobie kibiców Manchesteru United, w tym i mojej osoby. Bo to już nie jest nawet poziom Cristiano Ronaldo i jego słynnego oddania swego losu w ręce Boga, bo tylko on zna odpowiedź na to, za ile Portugalczyk przejdzie do Realu Madryt. Nie, to jest poziom Neymara krzyczącego na cały regulator, że PSG jest słabe i on chce wrócić do Barcelony. No dobra, może być Real.

Ci bardziej obyci z kulturą memów zapewne kojarzą ten przedstawiający mężczyznę w cylindrze mówiącego: „my job here is done”. Właśnie tak postrzegam Paula Pogbę mówiącego, że być może nadszedł czas na nowe wyzwanie. Gość spędził tutaj trzy lata i osiągnął dosłownie nic. Nie pomógł drużynie się odbudować, nie walczy z nią o najwyższe trofea i indywidualnie też wcale nie wskoczył na wyższą półkę. Ja rozumiem, że marzy mu się Barcelona czy inny Real Madryt, ale na litość wszystkiego co w lesie zielone, Panie Pogba, czyż nie masz Pan w sobie za grosz ambicji, żeby coś po sobie pozostawić w tym zespole?!

Niewolnik czy pracownik?

W tym momencie muszę jednak oddać Francuzowi jedną rzecz. Pomimo tego całego zamieszania, cały czas zachowuje się bardzo profesjonalnie i również na boisku prezentuje (zazwyczaj, ale o tym później) najwyższy poziom. To bardzo zabawne, bo gdybyście spytali mnie o to jeszcze miesiąc temu, gorąco zapewniłbym, że to ewentualnie Francuz może odstawiać dzikie fochy, aby zamienić pracodawcę, a tymczasem Romelu Lukaku raczej będzie ciężko zasuwał na treningach do samego końca, czekając na ewentualną zmianę. Cóż, życie bywa przewrotne.

I tutaj przechodzimy do clou całej sprawy, czyli wydarzeń aktualnych. Wszystkie znaki na niebie, ziemi, pod ziemią i we wszystkich innych zakątkach świata wskazują na to, że Paul Pogba nie spełni swojego marzenia z dzieciństwa, które wymyślił sobie jakieś cztery lata temu i nie przejdzie do Realu Madryt. Przynajmniej na razie. Jeszcze jeden sezon będzie się musiał pomęczyć w tym Manchesterze, w którym osiągnął już wszystko i w którym nie czekają na niego żadne wyzwania.

Piłkarskie prawo podpowiada, że z niewolnika nie ma pracownika i czeka nas rok męczarni z piłkarzem, który chce być gdzieś indziej. Ale, ale, czy widzieliście te dwie asysty w meczu z Chelsea? Bo ja widziałem. Czy Wy widzieliście, jak Pogba rozdzielał piłki w spotkaniu z Wolves, jak przerzucał ciężar gry pięknymi crossami, jak rozgrywał piłkę z obrońcami i jak wywalczył rzut karny, który mógł zaważyć o trzech punktach? Bo ja widziałem. A widzieliście, jak strzelił tego karnego? Bo ja niestety też widziałem.

Solskjaer temu winien, Rashford temu winien

I znów ta sama historia. Kiedy już chciało się zakrzyknąć: Pogba! Królu złoty, pij ze mną kompot, to Francuz postanowił trochę stonować nastroje kibiców i w widowiskowy sposób oddać „Wilkom” ten jeden punkt. Tutaj jednak dostrzegam trzech ojców tej porażki i każdy z nich dostanie ode mnie ostrzegawczego kuksańca, bo tak być nie może w poważnym klubie.

Pierwszym jest Ole Gunnar Solskjaer. Co to w ogóle znaczy, że jest dwóch wykonawców rzutu karnego i jak któryś się czuje pewniej to strzela? Po tej wypowiedzi nie wiem, czy Norweg próbował nieudolnie ratować reputację Pogby i udawać, że to wcale nie był pokaz niesubordynacji, czy może Ole naprawdę tak podchodzi do sprawy, co stawia go w niezbyt korzystnym świetle. Martwi mnie to, bo podobna sprawa była z wyborem kapitana. Najpierw jakieś niepotrzebne gadanie, że za niedługo się czegoś dowiemy (jakbym słyszał Lukaku), potem pierwszym kapitanem zostaje Young, a następnie okazuje się, że w sumie Young nie będzie w ogóle grał, wiec kapitanem jest De Gea. Panie Solskjaer, jak chcesz Pan prowadzić Manchester United, to podejmuj Pan jedną, klarowną i wiążącą decyzję, bo demokracją i półśrodkami to za daleko Pan nie zajedziesz.

Drugim winnym jest Marcus Rashford. Zróbmy sobie krótki eksperyment myślowy. Załóżmy, że Zlatan Ibrahimović nie zerwał więzadeł w kolanie i jakimś cudem cały czas biega w koszulce z czerwonym diabełkiem. Nadchodzi rzut karny, a do Szweda podchodzi Pogba i mówi, że to on chce strzelać. Zlatan ma w głowie, że strzelił dwie bramki z Chelsea, w tym jedną z karnego, a w obecnym spotkaniu zaliczył już asystę. Teraz odpowiedzmy sobie sami w myślach, jak brzmiałaby riposta Ibrahimovicia do Pogby. W mojej głowie wyglądało to całkiem zabawnie.

Trzecim winnym jest wreszcie ten nieszczęsny Paul Pogba. Kiedy Francuz rozważał w ogóle zamianę z Marcusem Rashfordem, powinien zdać sobie sprawę z dwóch miażdżących go faktów. Pierwszy jest taki, że młody Anglik z piekielną pewnością wykonuje jedenastki. Nie zawiódł w spotkaniu z Chelsea, nie zawiódł w reprezentacji, kiedy ważyły się losy awansu do kolejnego etapu Mistrzostw Świata i wreszcie nie zawiódł w pamiętnym spotkaniu z Paris Saint-Germain, kiedy na jego barkach spoczywał awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Marcus Rashford to robot, który nie pęka pod presją i koniec.

Drugi fakt jest taki, że Paul Pogba w poprzednim sezonie zmarnował trzy jedenastki. Wraz z tą ze spotkania z Wolves, Francuz zapewnił sobie status najgorszego wykonawcy rzutów karnych w lidze. Zderzając ze sobą te dwie kwestie, rozgrywający powinien oddać piłkę Rashfordowi, ucałować go serdecznie w policzek, a potem jeszcze po meczu wysłać kwiaty z podziękowaniami. Bo stawiam tezę, której nikt nie zdoła obalić, ponieważ nie jesteśmy w stanie tego sprawdzić, że gdyby to Rashford wykonywał rzut karny, Manchester United wygrałby to spotkanie.

Największy wróg Paula Pogby

I tu się pojawia w mojej opinii główny problem z Paulem Pogbą. Długo zastanawiałem się, czemu tak dobrze mógł wypaść na Mistrzostwach Świata z reprezentacją Francji i czemu nie może tak dobrze wypaść w koszulce Manchesteru United. I wreszcie sobie to uświadomiłem, po części dzięki analizom ekspertów. Zrozumiałem mianowicie, że Pogba może i ma umiejętności, żeby być liderem na boisku, ale absolutnie nie ma do tego charakteru.

Francuz błyszczy, kiedy jest w drugim szeregu. Gdy wzrok kibiców skupiony jest na Griezmannie, na Mbappe, na Kante, wtedy Pogba może spokojnie grać swoje fantastyczne piłki i po meczu zbierać za to owacje. Kiedy to jednak sam rozgrywający ma wziąć na swoje barki losy meczu, gdy ma kopnąć piłkę decydującą o wyniku końcowym, Paul sypie się jak mur z klocków lego zderzony z samochodem ciężarowym. Pogba może mówić piękne przemowy w szatni, może wprowadzać dobrą atmosferę do drużyny, może być wspaniałym człowiekiem w kontaktach codziennych. Jednak boiskowym liderem nie jest i nigdy nie będzie.

Pech chce, że Francuz na siłę próbuje się na niego kreować. Tak naprawdę sam nakłada na siebie presję, która go potem zjada. Nikt nie kazał mu wykonać tego karnego w meczu z Wolverhampton. Gdyby oddał go Rashfordowi, prawdopodobnie zgarnąłby zasłużony tytuł piłkarza meczu i jednym tchem byłby wymieniany wśród najlepszych piłkarzy kolejki. Zamiast tego sam wepchnął się w cień niewykorzystanej jedenastki i jednoznacznej krytyki nie tylko ze strony kibiców, ale również ekspertów z Garym Nevillem na czele.

Wniosek jest taki, że największym wrogiem Paula Pogby jest Paul Pogba. Pięknego, wysportowanego Pogbę zawsze musi uderzyć zazdrosny, wołający o atencję Pogba. Jego wewnętrzna potrzeba bycia gwiazdą zasłania mu prosty do zauważenia fakt, że może nią być i jednocześnie nie wyrywać się przed szereg przy każdej możliwej okazji. Bo zawsze kończy się to w jeden, zły dla niego i dla klubu sposób. Nogi drżą, w gardle rośnie wielka gula i potem Paul Pogba może tylko zasłaniać twarz koszulką, zdając sobie sprawę, że kolejny raz zawiódł. Kolejny raz zabrał się za coś, czego robić nie powinien, zamiast po prostu wykonywać swoją robotę i na tym zakończyć sprawę.

Dyskusja