Getty Images

Manchester United jest mistrzem w rozbudzaniu nadziei i brutalnych powrotach na ziemię. Początek tego sezonu jest tylko karykaturalnym streszczeniem tego, co widzieliśmy w rundzie rewanżowej poprzednich rozgrywek.

Zwolnienie Jose Mourinho i zastąpienie go Ole Gunnarem Solskjaerem było strzałem w dziesiątkę. Norweg jest przeciwieństwem niewygodnego Portugalczyka. Jest kurtuazyjny, pogodny, a co najważniejsze, zapisał na Old Trafford piękną kartę jako piłkarz. Trend zatrudniania zasłużonych zawodników jest zauważalny od ponad dekady. Zidane dwukrotnie obronił Ligę Mistrzów z Realem Madryt, Guardiola stworzył perpetum mobile w Barcelonie a Conte upadający Juventus przeistoczył w hegemona włoskiej piłki. I chociaż fani „Czerwonych Diabłów” zacierali ręce na nominację Ryana Giggsa albo Michaela Carricka, sympatycznego Solskjaera przyjęli jak swojego. Podobnie jak włodarze Manchesteru United, którzy potrzebowali klubowej legendy. I klubowej maskotki.

Co było, a nie jest…

Celem byłego napastnika było przywrócenie zespołu na właściwe tory, nie tylko pod względem sportowym, ale i organizacyjnym oraz tradycjonalnym. Louis van Gaal i Jose Mourinho to dwaj wizjonerzy o filozofii tylko pobieżnie pasującej na Old Trafford. Zamordysta z Holandii skupiał się na pisaniu do swoich podopiecznych e-maili, „The Special One” zaś na szukaniu winnych – tak wewnątrz, jak i na zewnątrz. Wielomilionowe transfery, specyficzne metody treningowe i wybujałe ega spowodowały organizacyjny misz-masz, a kadra zespołu wyglądała jak zlepek totalnie niedopasowanych do siebie elementów. Spektakle w „Teatrze Marzeń” wyglądały raczej jak tanie kino z Europy wschodniej, konferencje prasowe jak opery mydlane a doniesienia z kompleksu treningowego kojarzyć było można z antyczną tragedią.

Na finiszu polityka kadrowa sir Aleksa Fergusona często nie spotykała się z aprobatą fanów, do dziś zresztą wielu wini Szkota za to, w jakim stanie pozostawił drużynę prowadzoną przez ponad ćwierćwiecze. Weterani z Ferdinandem, Vidiciem, Giggsem, Evrą i Carrickiem na czele prochu wymyślić już nie mogli i nie chcieli, w osobach Evansa czy Smallinga ciężko było dostrzec ich następców, piłkarze w sile wieku jak Young i Valencia ociekali przeciętniactwem. Obraz klęski i rozpaczy był jeszcze skryty pod płachtą uszytą przez De Geę, Rooneya czy van Persiego – to wciąż było jednak trochę za mało, zresztą przyszłość pokazała, że Anglik i Holender ani myśleli grać tak dobrze jak wcześniej. Szalę goryczy przelało namaszczenie na swojego następce Davida Moyesa. “Ale was zrobiłem w konia, teraz zobaczycie, ile dla was znaczyłem” – zdawał się mówić Ferguson. Zobaczyliśmy. Bardzo szybko. O Moyesie jednak więcej nie napiszę. Kto był, ten widział. Wystarczy.

Ed budowniczy

Ed Woodward, zastępujący cieszącego się powszechnym szacunkiem Davida Gilla, to kolejna osoba próbująca odcisnąć piętno na funkcjonowaniu klubu. Ilość nietrafionych transferów rosła wprost proporcjonalnie do radości kibiców, bo przecież Di Maria, Falcao czy Sanchez nie mogli się nie udać. Błąd. Mogli.

Polityka kadrowa za czasów Fergusona i Gilla była jasna. Lider zespołu o niepodważalnej klasie sportowej stanowił zawsze serce zespołu. Nieistotne, czy był to pomocnik w stylu Roya Keane’a, napastnik jak Eric Cantona czy szalejący wówczas na skrzydle Cristiano Ronaldo. W wyjściowym składzie nie mogło zabraknąć miejsca dla innych zawodników klasy światowej, tutaj za przykłady niech posłużą Paul Scholes, Ryan Giggs czy Rio Ferdinand. W końcu wielką klamrą mieli to spinać wyrobnicy, o ograniczonej technice ale i gołębim sercu. Nicky Butt, Darren Fletcher, John O’Shea czy Park Ji-Sung – każdy z nich za swoją szansę był gotów sprzedać diabłu duszę, a Gary Neville prawdopodobnie to zrobił (zapewne będzie straszył z zaświatów, jeżeli po śmierci jego prochy nie zostaną rozsypane na Old Trafford). W United nigdy też nie zabrakło miejsca dla wyróżniających się wychowanków (tutaj należy oddać królowi co królewskie – Louis van Gaal z przyjemnością kontynuował tę tradycję), a piłkarz, któremu skoczył czwarty krzyżyk, nie mógł liczyć na kontakt dłuższy niż rok, na który i tak musiał ciężko zapracować.

Każde głębsze sięgnięcie do kieszeni musiało się wiązać z wnikliwą analizą i, zapewne, licznymi debatami. Chociaż transfer Juana Sebastiana Verona okazał się wielką klapą a Dymitar Berbatow dzieli kibiców po dziś dzień, były to działania rozsądne, podyktowane realną potrzebą i okolicznościowe. Często bywało przecież odwrotnie, bo tych najwybitniejszych po odejściu zastępowali, proszę wybaczyć określenie, malutcy. Bo gdzie Carrick przy Keane’ie, gdzie Laurent Blanc przy Jaapie Stamie. Przyjście Ronaldo w 2003 roku także nie oznaczało zastępstwa Davida Beckhama w skali 1-1, zwłaszcza, kiedy kibice oczekiwali raczej genialnego Ronaldinho a nie portugalskiego żółtodzioba. To, że się udało, jest zasługą wyłącznie geniuszu i talentu, którego ogromu nikt nie mógł być świadom.

Popularny Fergie wiedział jednak co robi. Po mistrzowsku szachował umiejętnościami swoich podopiecznych, wyciskał z nich to, co najlepsze i maskował wady. Braki jednego nadrabiał kolega z boiska, a każda spośród pozytywnych cech dawała korzyść całej drużynie. Nieuczciwe byłoby wymaganie tego samego od jakiegokolwiek innego trenera. Dziś w mocarnych klubach dobiera się pod taktykę piłkarzy o całym wachlarzu umiejętności, sir Alex raczej szył z materiału który miał pod ręką – i wychodziło mu to świetnie. Jest jednak ewenementem, jedynym i niepowtarzalnym. Tego nie da się powtórzyć a każda próba jest skazana na klęskę.

Liderów brak

Ed Woodward, jeżeli wierzyć doniesieniom, był (jest?) zadeklarowanym kibicem Liverpoolu. Widząc tamtejszą mizerność nad mizernościami trudno dziwić się (zwłaszcza w obliczu odejścia z United tych najwybitniejszych – bo najstarszych), że postanowił sklecić drużynę liderów. Zapomniał jednak, że niechciany w Realu Di Maria czy połamany Falcao nie przejawiali odpowiednich cech, a raczej cechy typowego Latynosa na Old Trafford.  Pamiętajmy jednak, że stereotypu “typowego południowca na Old Trafford” nie mógł przyćmić osamotniony Rafael da Silva, którego bagatela z Manchesteru pozbyto się już jakiś czas temu.

Udało się raz. Charyzmatyczny Zlatan Ibrahimović był w stanie udźwignąć brzemię całego klubu i doprowadził go do największego (międzynarodowego) sukcesu ery postfergusonowskiej. Szwed charakterologicznie był podobny do Ronaldo, swoim entuzjazmem zarażał, a ogromna pewność siebie pozwalała mu dokonywać niezłych rzeczy. United znów miało swojego lidera i mimo stylu gry preferowanego przez Mourinho coś przyciągało ludzi na trybuny i przed telewizory. Trudno kogokolwiek obwiniać za kontuzję, jakiej się nabawił – to ryzyko wpisane w ten zawód, bo nawet najwybitniejsze maszyny się psują. Wiadomo było natomiast, że Ibra to wyjście krótkotrwałe, a o jego zastępstwie nie pomyślał nikt. Lukaku to dobry napastnik, wysoki, silny i szybki, ale to jedyne pozytywne cechy wspólne dla obu tych piłkarzy – a Zlatan gwarantował ich całe multum. Należy też dodać, że Ibrakadabra do United sprowadzony został zbyt późno, do tego w nie najlepszej chwili. Gdyby doszło do tego wcześniej, w Manchesterze mógłby zostać Bogiem, za jakiego zresztą sam się uważa. Było, minęło. Wróciliśmy do punktu wyjścia.

Punkt wyjścia

Znowu parę słów o Solskjaerze. Do dziś nie jest wiadome, jakim cudem na początku jego kadencji „Czerwone Diabły” tak błyszczały. Paradoksalnie to największy problem Norwega. Odrealniony pogląd sytuacji dał nadzieję, że Rashford to wyśmienity snajper, Martial jest genialnym technikiem, Paul Pogba ma coś więcej ze Scholesa niż tylko imię a Lingard nie jest karykaturą piłkarza. Im bardziej zaczęliśmy w to wierzyć, tym bardziej zabolało zetknięcie z rzeczywistością. Kadra potrzebowała szeregu wzmocnień, jedynym naprawdę mocnym punktem wydawał się David De Gea (który zresztą na koniec sezonu zawodził najmocniej). Ostatecznie – z Ligi Mistrzów nici. Sprawa problematyczna nie tylko ze względu na kwestie ambicjonalne – zapisy w kontraktach zmniejszające tygodniówki po braku kwalifikacji wydawały się uczciwe, stały się jednak kością niezgody.

Ile było zasługi Solskjaera w fantastycznym początku, a ile winy w koszmarnym zakończeniu? Żeby być uczciwym należałoby napisać, że po równo. Uśredniając jednak wszystko, co wydarzyło się od jego zatrudnienia do zakończenia sezonu, wyszło średnio. Ani źle, ani dobrze. Zespół skończył sezon w takim miejscu, w jakim zapewne skończyłby w przypadku pozostania Mourinho. Słabe wyniki nie mogły nie wpłynąć na atmosferę w szatni. Zresztą, i tak trudno wierzyć, że tę Norweg cudownie oczyścił. Wszak to głównie piłkarze ją tworzą, menedżer ma na to oczywiście duży wpływ, ale pewnych spraw nie zatrze nikt. Istniejące konflikty są zatarte w głowach zawodników, jeżeli powstaną, nie potrzebują udziału osób trzecich do uruchomienia zapłonu. To, co miało być katharsis, okazało się zamiataniem pod dywan.

I co dalej?

Na okno transferowe czekaliśmy z niecierpliwością. Zmiana na ławce miała być równoznaczna ze zmianą polityki transferowej. Przynajmniej w teorii, bo w praktyce miała przyćmić oszczędności, na które zdecydował się coraz bardziej niezadowolony z nieopłacalnych interesów Woodward. Kolejne chude lata przyniosły duże straty finansowe w czerwonej części Manchesteru, i choć United to świetnie radząca sobie w świecie marketingowym korporacja, tabelki nie mogły kłamać. Wciąż wiele kolumn w Excelu zaznaczonych było na zielono, jednak ilość – i wartość – tych czerwonych musiała przyprawiać o ból głowy. Cieszy fakt, że mimo wszystko Manchester United to wciąż potężna machina finansowa, jednak nienaoliwiona sukcesami prędzej czy później zacznie się zacinać.

Kwota, jaką zapłacono za Harry’ego Maguire’a, może robić wrażenie, nie można jednak zapomnieć, że transfer ten pokryty był niemal w całości z pieniędzy otrzymanych za Romelu Lukaku. Łączny bilans zysków i strat zmieścił się w kwocie 100 milionów funtów, żeby jednak tego dokonać, należało całkowicie zapomnieć o pomocy i ataku – bo transfer Daniela Jamesa to żadne realne wzmocnienie. Jeżeli Woodward tylko rozdzielał pieniądze, a jak je spożytkować decydował Solskjaer – czapki z głów dla tego drugiego. Z gówna bata nie ukręcisz, a wzmocnienie obrony było najważniejszym z listy priorytetów. Z przodu czasem zaryzykować można – tyły muszą być twarde jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”. Jak na dzisiejsze czasy (oraz uwielbienie innych klubów do duszenia Manchesteru United do ostatniego grosza), „Baby face killer” naprawdę zrobił co mógł. Ryzykuję stwierdzenie, że czwórka Shaw, Lindelof, Maguire, Wan-Bissaka, poradziłaby sobie w każdej angielskiej drużynie. Mimo błędów popełnianych w ostatnich dwóch meczach, należy im się szansa – Maguire zapewne nie zdążył nawet rozpakować jeszcze wszystkich walizek.

Znów problemem menedżera okazało się rozpalenie apetytu. Mecz z Chelsea był gorszy niż wynik, ale ten jednak zachwycił. 4:0 z Chelsea to prawdziwy pogrom, jak słabi „The Blues” by nie byli. I znów wydaje się nam, że z obecnym składem możemy wszystko. Otóż nie, a za najlepszą odpowiedź niech poświadcza Jesse Lingard na pozycji „10”. Patrzy się na to ze smutkiem, a jeszcze smutniejsze jest to, że nie ma kim go tak naprawdę zastąpić. Oczywiście, Pogba na „10” to też rozwiązanie, ale gwarantujące nam Nemanję Maticia w środku pola. Sami osądźcie, co gorsze – Lingard za napastnikami czy Serb w linii środkowej. I znów Antyk – żaden wybór nie prowadzi ku dobremu.

Daniel James przebojem wdarł się do podstawowej jedenastki już w drugiej kolejce (o co nie trudno, bo z Andreasa Pereiry żaden skrzydłowy). Trudno odmówić Walijczykowi zaangażowania, szybkości i chęci, poza tym zdobył dwie bramki, z czego ta druga była zupełnie przyzwoitej jakości. Mamy jednak do czynienia z casusem Alana Smitha – piłkarz waleczny i dynamiczny o zerowej umiejętności dryblingu, dośrodkowania czy otwierającego podania. Wachlarz sztuczek 21-latka jest ograniczony bardziej niż ten Antonio Valencii, wszak zwód na jedną nogę Ekwadorczyka wbrew oczekiwaniom zaskoczył niejednego obrońcę Premier League. Trudno spodziewać się znaczącej poprawy – techniki nie da się nauczyć czy wytrenować, z tym trzeba się urodzić. 18-letni Giggs czy Ronaldo gubili piłki, ale zdarzało im się ośmieszać rywali tak, że ci zapominali, jak sami się nazywają. James nie ma „tego czegoś”. Na Old Trafford może być zadaniowcem, nikim więcej (choć chciałbym się mylić). Oczywiście, tacy też są potrzebni, ba, niezbędni. Co jednak daje uzupełnianie składu, skoro wciąż brakuje tych, którzy mają błyszczeć. Wyrobnicy pracują na wybitnych, a tych brakuje. Najsmaczniejsza surówka nie pomoże, jeżeli obiad jest nijaki.

Coraz więcej mówi się o młodych ludziach, którzy mają nieco zamazać ten obraz. Mason Greenwood, Angel Gomes, James Garner, Tahith Chong. Wszyscy niewątpliwie mają talent, żaden jednak nie daje gwarancji. To wciąż duża niewiadoma i panowie szanse zapewne dostaną, ale niekoniecznie muszą z niej skorzystać. Opierać na nich drużynę? Równie dobrze można liczyć na szóstkę w lotka.

Solskjaer popełnia błędy taktyczne. Wymienność pozycji nie funkcjonuje jak powinna, akcjom brakuje dynamiki, brak jest wyćwiczonych schematów. Poprawnie wykonane polecenia, przynajmniej do czasu, mogłyby zamaskować braki kadrowe. Norwegowi nie brakuje jednak jasnej wizji tego, jak chce pracować i konsekwentnie ją wprowadza. Bez względu na to, czy jest ona słuszna czy nie. Ferguson też nie od razu zbudował cały Kraków i musiał popełnić wiele błędów. Jak się nie wywrócisz, to się nie nauczysz.

Ciężko być zarazem Dyzmą robiącym dobrą minę do złej gry i kierować drużyną tak, jak życzyliby sobie tego kibice. Ole próbuje utrzymać linę ciągnięta z obu stron, ładnie się przy tym uśmiechając. I choć po ostatnim meczu można było popaść w chwilowe zwątpienie, wciąż trudno o lepszego człowieka na jego miejsce, a kolejna zmiana na ławce nie przywróciłaby tak wyczekiwanej stabilizacji i konsekwencji. Jak już pisałem, Ferguson jest jeden i drugiego takiego nie znajdziemy – nie szukajmy więc na siłę. Klub nie może pozwolić sobie, by zaczynać wszystko od zera. Ole, wytrzymaj, rób dalej swoje, ucz się i wyciągaj wnioski. Byleby wystarczyło cierpliwości.

Dyskusja