Choć wczoraj znów Manchester United nie potrafił utrzymać prowadzenia, mecz miał nieco inny scenariusz. Do “Teatru Marzeń” nieśmiało zapukało szczęście, a zza horyzontu wyłoniły się pierwsze promyki słońca.

Tekst autorski

Wczoraj po raz pierwszy od inauguracyjnego zwycięstwa z Chelsea mogliśmy się uśmiechnąć. A przynajmniej powinniśmy to zrobić, bo mecz z Liverpoolem był wielkim sprawdzianem dla Manchesteru United, który ten zdał. Chciałbym napisać, że na ocenę bardzo dobrą, jednak mam pewne opory. Na solidną czwórkę “Czerwone Diabły” jednak zasłużyły, a biorąc pod uwagę sytuację, w jakiej do tego meczu przystępowały – wypada do tej czwórki dopisać plusa.

Rywalem był Liverpool. To już nie jest ten Liverpool, co jeszcze kilka lat temu. Dzisiaj, co niektórym kibicom nie mieści się w głowach, “The Reds” należy traktować jako zespół z absolutnej czołówki światowej piłki. Podopieczni Jurgena Kloppa, dzięki któremu ten klub w ogóle mógł zapukać do drzwi, za którymi siedzieli giganci, są przecież aktualnym zdobywcą Ligi Mistrzów, a w poprzednim sezonie wraz z Manchesterem City napisali historię tej ligi. Na Old Trafford przyjechał zespół, który w tym sezonie w Premier League nie stracił choćby jednego punktu.

Nie trzeba być doktorem psychologii oraz posiadać kilkuletniego doświadczenia w zawodzie, by spróbować sobie wyobrazić co przed meczem z Liverpoolem musieli czuć piłkarze Manchesteru United. Często słyszę: “za takie pieniądze, jakie oni zarabiają, to powinni wychodzić na boisko i błyszczeć”. Troszkę się wtedy uśmiecham, bo pieniądze w tym aspekcie nie znaczą nic. Kwoty w piłce nożnej są, jakie są, i nikogo w dobie komercjalizacji nie powinno to dziwić. Pomijając już fakt wątpliwej jakości tej kadry – na pewno nie było łatwo wyjść na Old Trafford, które było wypełnione kibicami żądnych spektaklu i pokonania odwiecznego rywala, mając z tyłu głowy świadomość, że ta grupa ludzi już kilka razy w ostatnim czasie się zawiodła.

Old Trafford na te 90 minut zapomina o tym, co było wcześniej. A przecież lista grzechów jest dość długa – o ile wyjazdowy remis z Wolves można zrozumieć (chociaż patrząc na dyspozycję “Wilków” w tym sezonie, to trzy punkty nie były poza zasięgiem), o tyle porażki u siebie z Crystal Palace (1:2), męczarni z Astaną (1:0), AZ Alkmaar (0:0) czy żenującym (z całym szacunkiem) Rochdale w Pucharze Ligi – już niekoniecznie. Na te półtorej godziny nikt o tym nie pamięta, bo liczą się derby. Ale o ile kibic może zapomnieć, o tyle ktoś, kto jest bezpośrednio zamieszany w takie “osiągnięcia” – nie. Nie da się wyrzucić z głowy takich meczów, jeżeli przez siedem dni w tygodniu media dają do zrozumienia, że ten Manchester United jest najgorszy od 33 lat. Szkoda tylko, że nie zaznaczają, że poprzednie drużyny miały innych zawodników i były w troszkę innej pozycji, niż ta obecna.

I nagle okazuje się, że ci zawodnicy potrafią pokonać największego przeciwnika w dzisiejszym meczu. Własną psychikę. Potrafią się odblokować. Potrafią konstruować akcje i to nie przeciw komuś, kto pałęta się w dole tabeli, a przeciwko liderowi i chyba największemu obecnie faworytowi do zdobycia mistrzostwa Anglii. Moim zdaniem trudniej poradzić sobie z sytuacją, w której zespół gra dobrze lub nieźle, jednak w niewytłumaczalny sposób traci punkty i popełnia niewymuszone błędy niż z tą, w której od pierwszej do dziewięćdziesiątej minuty zespół gra fatalnie. W tym drugim przypadku – po prostu trzeba zmienić metody, taktykę, zaproponować nowe rozwiązania. Kiedy jednak gra jako tako się klei, nie wiadomo gdzie szukać przyczyny. Co można powiedzieć zawodnikom? “Nie popełniaj błędów”? Przecież specjalnie tego nie robią.

Najczęściej trzeba po prostu poczekać, aż karta się odwróci. Łatwiej jest to zrobić, gdy pecha ma klub niemający większych aspiracji; trudniej – gdy jest to Manchester United, którego marka jest znana pod każdą szerokością geograficzną. Man Utd poczekał, a Ole Gunnarowi Solskjaerowi należą się wielkie brawa za to, jak trafił do tych zawodników. Bo nie mam wątpliwości, że dzisiejszy dobry występ przeciwko Liverpoolowi to efekt nie tyle dobranej taktyki (swoją drogą bardzo trafnej), co psychicznego podejścia do zawodników i braku nerwowych ruchów na przestrzeni ostatnich, prawie, dwóch miesięcy.

Jestem zdania, że trener największych klubów musi być bardziej dobrym psychologiem, aniżeli trenerem jako takim. Zawodników będących w tym sporcie od lat nie da się nauczyć grać w piłkę, bo oni już w większości wszystko umieją. Taka opcja istnieje tylko w przypadku piłkarzy młodych, których akurat w Manchesterze United jest pod dostatkiem. Nawet najlepszy trener nie poradzi sobie jednak w takim klubie, jeśli nie będzie dobrym psychologiem. Na tym poziomie presja jest tak duża, że to po prostu nieodzowny element warsztatu.

Aktualny Manchester United jest młody. Aktualny Manchester United jest, co aż przykro napisać, niedoświadczony. Brakuje liderów – takich prawdziwych, a nie tylko z nazwy. Ten zespół jest po prostu tworzony na nowo. Menedżer też nie ma wielkiego doświadczenia i trudno oczekiwać niekonwencjonalnych metod od człowieka, który do tej pory pracował jedynie w Cardiff i Molde. On się jeszcze musi uczyć i się nauczy. Ale Ole Gunnar Solskjaer ma coś, co tym zawodnikom jest najbardziej potrzebne. Nie chodzi nawet o status i fakt, że jest żywą legendą klubu, ale o aurę, jaką wokół siebie wytwarza. Nie potrafię sobie wyobrazić Solskjaera krzyczącego na zawodników, ale za to widzę oczami wyobraźni Ole, który spędza godziny na rozmowach z zawodnikami (tak grupowych, jak i indywidualnych), dociera do nich i przekonuje, że mogą i potrafią.

I wczoraj Manchester United pokazał, że może i potrafi. Można oczywiście mówić, że ten wynik to nic wielkiego, że znowu zawiedli tracąc bramkę w końcówce, że po raz kolejny nie potrafią utrzymać prowadzenia. Miałem bardzo mieszane uczucia po bramce Rashforda, bo moim zdaniem Victor Lindelof Origiego sfaulował. Może i Belg zaprezentował na Old Trafford swoje umiejętności aktorskie (w końcu “Teatr Marzeń”), jednak w mojej ocenie sędzia powinien odgwizdać faul. Nie zrobił tego i niech to będzie symbol tego, że karta w końcu się odwraca. W końcu w sytuacji 50/50 los sprzyja Manchesterowi United i ten ma z tego wymierną korzyść w postaci zdobytej bramki.

Końcówka należała do Liverpoolu – wystarczył jeden, jedyny błąd Younga do spółki z Rojo, by Adam Lallana wyrównał i nieco ostudził nastroje kibiców. Później bardzo niewiele zabrakło Oxlade’owi-Chamberlainowi, a na samym końcu Fred tylko kilku centymetrom zawdzięcza fakt, że piłka nie trafiła w rękę. Potraktujmy to, jako dobry znak. Gdyby Manchester United dalej miał mieć pecha, któraś z tych sytuacji zakończyłaby się golem. Patrzmy na remis z zadowoleniem, a nie smutkiem, że znów zabrakło kilku minut.

Moim zdaniem gra Manchesteru United w tym sezonie nie była zła. Mało tego – w sporej ilości spotkań, cały czas mając w głowie to, jacy zawodnicy są w tym klubie – uważam, że gra była dobra. Wiadomo, że pewnych aspektów brakowało i było dużo do poprawy, jednak zwyczajnie brakowało szczęścia. Gdyby ono dopisywało, dzisiaj Man Utd byłby o wiele wyżej w tabeli, a drużyna “grałaby na miarę oczekiwań”. Dzisiaj w końcu to szczęście dopisało – i przy zdobytej bramce (bo inny sędzia mógłby to zagranie zakwalifikować jako faul), i przy sytuacjach w końcówce. A dodatkowo Manchester United pozostawił po sobie o wiele lepsze wrażenie niż tak wychwalany Liverpool.

Możliwości są dwie i na ten moment obie odnoszą się do psychologicznego spojrzenia na obecną sytuację. Albo zawodnicy się podłamią i pomyślą: “kurczę, cały mecz graliśmy dobrze, a popełniamy jeden błąd i od razu tracimy bramkę, to nie ma sensu”, albo zauważą, że przez większą część meczu byli zespołem lepszym do absolutnego faworyta i, na ten moment, drużyny z innej półki. Że byli bardzo blisko pokonania walca, który nie przegrał w lidze od stycznia. Że zatrzymali piłkarzy, którzy mieli za sobą 17 kolejnych ligowych zwycięstw.

Jeśli piłkarze pójdą tą pierwszą drogą – za tydzień z Norwich najpewniej wrócimy na tarczy, a Ole Gunnar Solskjaer nadal będzie musiał być bardziej psychologiem, niż trenerem. Jeśli jednak wybiorą drugą ścieżkę – jestem przekonany, że z “Kanarkami” wygramy i sprawy pójdą w dobrą stronę. Będzie to oznaczało, że norweski menedżer najważniejszą część swojej pracy już wykonał. Za tydzień najważniejszy będzie rezultat, a nie procent utrzymania się przy piłce czy liczba strzałów.

Wszystko rozegra się w głowach.

Powyższy tekst nie jest stanowiskiem całej redakcji ManUtd.pl, a stanowi jedynie opinię wyżej podpisanego redaktora.

Dyskusja