Felieton dla ManUtd.pl: Ole Gunnar Solskjaer już wykonał swoje zadanie

Paweł Waluś
Zmień rozmiar tekstu:

Tak, wiem, po przeczytaniu tego tytułu większość z Was już łapie za widły, podpala pochodnie, przygotowuje stos i pyta: „a gdzie puchary?!”. Zanim jednak zaczniecie rzucać kamieniami, pozwólcie mi wytłumaczyć co właściwie mam na myśli, kiedy stwierdzam, że Norweg już wywiązał się z powierzonego mu zadania.

Po zakupie Jadona Sancho oraz Raphaela Varane’a przekaz jest dosyć jasny: Manchester United musi zacząć rywalizować z najlepszymi o trofea. Koniec okresu przebudowy, koniec wymówek brakami kadrowymi, koniec parasolu ochronnego. I ja się z tym zgadzam. Tyle, że w mojej opinii to już bonus od Ole Gunnara Solskjaera. Norweg będzie miał okazję pokazać, że jego nazwisko powinniśmy wymieniać na równi z innymi wielkimi trenerami, którzy obecnie panuję na świecie. Ale jeśli zwiedzie, to i tak będę go dobrze wspominać.

Powrót do przeszłości

Cofnijmy się w czasie. Jest końcówka roku 2018. Manchester United wyniszcza wojna domowa pomiędzy Jose Mourinho i niektórymi zawodnikami. Wyniki i gra są słabe, odpadniecie z Ligi Mistrzów wręcz pewne, wszystko skąpane jest w chaosie. Klub żegna Portugalczyka i tymczasowo zatrudnia właśnie Ole Gunnara Solskjaera. Jego zadanie jest proste: pociągnąć do końca sezonu i uratować tyle, ile się da. Norweg spisuje się ponad stan.

Po pamiętnej nocy w Paryżu wszyscy popadają w szaleństwo. Świetne wyniki również w lidze sprawiają, że kibice i obserwatorzy nie mają wątpliwości: to właśnie Solskjaer powinien zostać stałym menadżerem. Jednak kiepska końcówka tamtego sezonu oraz dalsze przeciętne wyniki zupełnie odwróciły ten entuzjazm. Wielu zaczęło postrzegać zatrzymanie Norwega jako słabość zarządu, który dał się porwać ogólnemu entuzjazmowi, w momencie kiedy należało zachować chłodną głowę i podjąć optymalną decyzję. Jednak według mnie właśnie, tak postąpiono.

Tak naprawdę wszystko rozbija się o to, jakie wymagania stawiamy przed Solskjaerem. Jeśli oczekujemy, że będzie kolejnym Fergusonem, który porozstawia ligę i będzie jednym z największych w całej Europie, to faktycznie można się rozczarować. Jednak to wcale nie tym kierował się Ed Woodward, decydując się na dłuższą współpracę z Norwegiem. I również my nie powinniśmy tego robić.

Okres przeciętności

Jak zawsze w takich sytuacjach, wszystko ułatwia szerszy kontekst. Zastanówmy się, czy po erze sir Aleksa Fergusona którykolwiek jego następca miał jasny plan na to, jak ma wyglądać Manchester United. Odpowiedź brzmi: tak. I jest nim Ole Gunnar Solskjaer.

David Moyes udowadnia w West Hamie, że wcale nie jest takim frajerem, za jakiego postrzegano go od czasów zwolnienia z Old Trafford. Nie zmienia to faktu, że praca w Manchesterze wyraźnie go przerosła, a w jego poczynaniach próżno było szukać jakiejkolwiek wizji.

Louis van Gaal? Nudna gra i pozyskiwanie przeciętnych zawodników, których później przez lata trudno było się pozbyć. Jose Mourinho? Pozyskiwanie wielkich gwiazd za jeszcze większe pieniądze, ale bez większej idei na to, jak wykorzystać ich potencjał. Marudzenie na to, że nie ma transferów, kiedy za jego kadencji na wzmocnienia wydano około 430 milionów euro. Pomysł na drużynę? Żaden.

Getty Images

Ole Gunnar Solskjaer? Zaczął od odstrzelenia Marouane’a Fellainiego. I o ile w tamtym czasie krytykowałem ten ruch (bo może i Belg oferował jedynie prostą lagę na czuprynę, ale innych wariantów brakowało), tak Norweg wysłał w ten sposób jasny sygnał: mam pomysł na ten zespół i będzie się on opierał na innych filarach.

I nawet jeśli nie jest się zwolennikiem Ole, to jedno trzeba mu oddać: swój plan realizuje z żelazną konsekwencją. Za jego rządów z kadry wylecieli już: wspomniany Fellaini, Daley Blind, Chris Smalling, Timothy Fosu-Mensah, Cameron Borthwick-Jackson, Alexis Sanchez, Ashley Young oraz Joel Pereira. Dziwne wynalazki Moyesa, van Gaala oraz Mourinho. Niewykluczone, że za niedługo pożegnamy również Andreasa Pereirę oraz Jessego Lingarda. Z innych wyciska ile może: Luke Shaw, Anthony Martial, Fred czy Paul Pogba.

Posmak normalności

Kiedy Ole Gunnar Solskjaer przybył do gabinetu Eda Woodwarda, kupił go długoterminową wizją klubu. I tę wizję już spełnił. Wprowadził normalność. Przywrócił Manchester United do czołówki. Sprawił, że „Czerwone Diabły” muszą być postrzegane jako potencjalny rywal dla Manchesteru City czy Chelsea. Co wcale nie oznacza, że ich pokonają.

Teraz przed Solskjaerem kolejne wyzwanie, już innego kalibru. Czyli właśnie rywalizacja z największymi. Nie tylko w lidze, ale i w Europie. Umówmy się, jeśli w tym sezonie „Czerwone Diabły” nie wyjdą z grupy Ligi Mistrzów, to będzie katastrofa. Jeżeli Manchester United na koniec rozgrywek będzie tracił 10+ punktów do mistrza, nikt nie będzie tym usatysfakcjonowany. Brak chociażby Pucharu Anglii postrzegany będzie jako porażka.

Załóżmy najczarniejszy scenariusz. Manchester United zawodzi. W lidze może liczyć najwyżej na Top4, w Lidze Mistrzów odpada na wczesnym etapie, w pucharach kończy rywalizację najdalej w półfinale. Norweg prawdopodobnie zostaje zwolniony. Przychodzi nowy menadżer. Czy musi robić kolejną rewolucję transferową, sprzedawać pół składu, regulować kominy płacowe i pracować przez następne trzy lata, aby jakkolwiek wyprowadzić ten skład na prostą? No nie.

Miła odmiana

Nowy menadżer zastaje silną, zbalansowaną kadrę, która być może potrzebuje jeszcze paru dodatków na niektórych pozycjach. Otrzymuje zawodników, którzy spokojnie łapią się do czołówki Europy na swoich pozycjach, może nie są to pierwsze miejsca, ale nadal nie ma się czego wstydzić. Otrzymuje zespół, potrzebujący być może bardziej doświadczonego lidera, który wyciągnie jeszcze więcej z tego potencjału. Chociażby tak, jak zrobił to Thomas Tuchel z kadrą Chelsea.

Dlatego właśnie uważam, że Ole Gunnar Solskjaer wywiązał się ze swojej pracy. I nawet jeśli ten sezon mu nie wyjdzie, bo okaże się, że postawienie kolejnego kroku jest ponad jego możliwości, to powinniśmy go żegnać z wdzięcznością, brawami oraz należytym szacunkiem. Bo dzięki niemu nie musimy już drżeć o to, czy Manchester United zakwalifikuje się do przyszłorocznej Ligi Mistrzów, a raczej możemy się cieszyć przywilejem żądania, aby nasz ukochany klub walczył jak równy z równym z Manchesterem City. Bo dzięki niemu nie musimy liczyć na strzały życia Andreasa Pereiry i lagi w kierunku Marouane’a Fellainiego, a możemy oglądać koncerty w wykonaniu Bruno Fernandesa, Paula Pogby i, miejmy nadzieję, Jadona Sancho. Bo dzięki niemu Manchester United stał się normalny.

I za to, panie Solskjaer, chapeau bas.

Komentarze

Podobne wpisy

Najnowsze