Getty Images

Bruno Fernandes dla The Athletic (cz. I): Ole Gunnar Solskjaer nie był winien wszystkiego

Damian Domitrz
Zmień rozmiar tekstu:

Bruno Fernandes udzielił obszernego wywiadu Adamowi Craftonowi z The Athletic. Portugalczyk poruszył m.in. temat zawstydzających porażek, Erika ten Haga i relacji z Ole Gunnarem Solskjaerem.

Portugalski rozgrywający na początku odniósł się do dwóch pierwszych przegranych spotkań w bieżącym sezonie angielskiej ekstraklasy. “Czerwone Diabły” najpierw musiały uznać wyższość Brighton, a później skompromitowały się w rywalizacji z Brentfordem.

– Można było to odczuć, między kibicami, w ogólnej atmosferze… Czuliśmy się, jakbyśmy powrócili do przeszłości. Pewność siebie każdego z nas znów podupadła. Nikt z nas nie czuł się najlepiej, przyjmując piłkę do nogi. Czułem, jakby wróciły demony z przeszłości.

– W meczu z Brentfordem było jeszcze gorzej. Straciliśmy gola z niczego i nagle można było zobaczyć, że energia i pewność zespołu były niskie. Pewność siebie w piłce to nie wszystko, ale prawie wszystko. Kiedy masz zaufanie kolegów z drużyny, trenera, fanów, to jest to naprawdę ważne. Jeżeli nie wyjdzie ci podanie, wszyscy gwiżdżą lub buczą…

– Można to odczuć. Ale kiedy nie trafisz z podaniem i szybko na to zareagujesz, widzisz, że kibice to doceniają. Chodzi o to, żebyśmy nie tracili pewności siebie i wierzyli, że zawsze jesteśmy w stanie coś zrobić. Gdy mówię o duchach przeszłości, mam na myśli to, że w przeszłości, za każdym razem, gdy straciliśmy piłkę, zawodziliśmy kogoś, więc zaczęliśmy tracić ich coraz więcej. Zawsze musimy myśleć pozytywnie i próbować dalej.

– Wiem to, ponieważ rozegrałem ponad 400 spotkań w swojej karierze. Miałem złe mecze, naprawdę dobre mecze i normalne mecze. Chodzi o zrozumienie tego, co zrobiłeś w dobrych momentach, aby nadal je mieć i otrząsnąć się z wątpliwości wobec swoich występów. `

Teraz Manchester United ma za sobą cztery ligowe zwycięstwa z rzędu. Bruno Fernandes ocenił umiejętności nowego szkoleniowca, Erika ten Haga. 28-latek jest bardzo zadowolony z tej współpracy i liczy, że Holender natchnie drużynę do walki o największe cele.

– Przede wszystkim Erik ten Hag ma pomysł. Ma swój styl. Trzeba trzymać się jego zasad. Jest w tej kwestii bardzo restrykcyjny. Podoba mi się to. Wprowadził do zespołu dyscyplinę, czego brakowało w przeszłości. Wszyscy muszą być po tej samej stronie.

– Robi dokładnie to, co przez lata robili Pep Guardiola i Jurgen Klopp. Dzięki temu utrzymywali stabilność w zespole. Mądrze podchodzą też do rynku transferowego i budują zespół, wiedząc, co jest dla nich ważne, aby osiągnąć sukces.

– Widziałem, kiedy powiedział na konferencji prasowej, że nie chce sprowadzać piłkarzy tylko dla samego faktu sprowadzania, lecz pragnie ściągnąć odpowiednich graczy, pasujących do jego stylu gry. To jest coś, czego ten klub potrzebuje.

– Wciąż mamy margines do poprawy. Menedżer potrzebuje czasu, aby wydobyć z nas jak najwięcej i przyzwyczaić nas do jego stylu gry. Wierzę, że dojdziemy z nim do punktu, w którym będziemy ugruntowani jako drużyna i wszyscy będą po tej samej stronie.

W swoim pierwszym pełnym sezonie Bruno Fernandes zdobył dla Manchesteru United 28 goli we wszystkich rozgrywkach. “Czerwone Diabły” zakończyły wówczas Premier League na fotelu wicelidera i awansowały do finału Ligi Europy. W kolejnej kampanii Portugalczyk zaliczył jednak znaczną obniżkę formy. Teraz zauważa, że brytyjscy eksperci zazwyczaj żyją w przeświadczeniu, że piłkarz z zagranicy potrzebuje roku lub dwóch lat, aby zaaklimatyzować się w angielskiej ekstraklasie. Fernandes nie zgadził się ze swoją krytyką i za przykład podał Nicolasa Pepe z Arsenalu.

– Pepe miał naprawdę kilka złych meczów. Wtedy wszyscy mówili, że potrzebuje czasu na aklimatyzację. Ale kiedy ja rozegrałem słabe spotkanie, to tylko dlatego, że narzekałem lub nie byłem skupiony na grze. Odbierałem to pozytywnie, ponieważ uważali, że jestem gotowy i dlatego tak wiele ode mnie wymagali.

28-latek opowiedział także o tym, jak postrzega grę na pozycji dziesiątki. Portugalczyk wspomniał o tzw. “martwych strefach”.

– Chodzi o zajmowanie obszarów, w których nie ma przeciwnika. To tzw. “martwe strefy”, w których nikt nie może cię pokryć lub dostrzec. Jeżeli spróbują cię pokryć, stworzą tym samym więcej miejsca dla moich kolegów z drużyny.

– Zwykle nazywam te strefy “strefą sędziego”. Nikt przecież nie kryje arbitrów. Czasami trenerzy mówią w ten sposób do zawodników, którzy grają między liniami lub skrzydłowych, którzy chcą zejść do środka. Ewentualnie napastnika, który chce zejść po piłkę. Pozycje są różne, bo mogę ich szukać również w kontrataku.

Przeczytaj również:  Martin Dubravka przedwcześnie opuścił zgrupowanie reprezentacji

– To zależy także od sposobu sędziowania. Mike Dean na przykład biegał głównie w środku, co prawdopodobnie było dla niego dobre, bo lepiej widział to, co dzieje się na boisku. To nie zawsze jest dobra pozycja dla dziesiątki, dlatego musimy obserwować i analizować, w której strefie możemy się pojawić.

Nie mogło zabraknąć również pytania o zachowania Fernandesa na boisku. Piłkarz Manchesteru United bardzo często jest krytykowany za wybuchowe reakcje w stosunku do sędziów i swoich kolegów. Portugalczyk nawiązał do rozmowy z Tyrellem Malacią podczas wygranego 1:0 meczu z Leicester City.

– Muszę zwrócić się do ludzi, którzy twierdzą, że moje machanie rękami negatywnie wpływa na moich kolegów. To nigdy nie miało miejsca. To kłamstwo. Używam rąk, by poprosić o podanie lub wskazać im, gdzie mają pobiec. Nigdy nie mówię do nich w zły sposób. Tak, krzyczę na kogoś, kto nie podaje mi piłki, kiedy musi to zrobić lub nie podejmuje dobrych decyzji, gdy idziemy dwóch na jednego. To normalne, że jestem wtedy zły.

– Najwięcej wymagam jednak od siebie samego. Zawsze powtarzam moim kolegom, że jeśli nie chcą, bym na nich krzyczał w trakcie meczu, to niech mi to powiedzą prosto w oczy, a wtedy będę obchodził się z nimi łagodniej. Ale niech nie mówią mi potem, że nie zachęcałem ich do podania lub nie pokazywałem się do gry.

– Podczas meczu z Leicester City powiedziałem do Tyrella Malacii, by podniósł głowę i spojrzał na drugą stronę. Był na mnie zły, bo na niego krzyczałem. Nie rozumiał jednak tego, co mówiłem. Na koniec meczu podszedłem do niego spokojnie, objąłem go i powiedziałem, że nie krzyczę na niego w negatywnym sensie, tylko proszę go, by przerzucił piłkę na drugą stronę. Przeprosił mnie i wyjaśnił, że był zmęczony.

– W innych meczach to on będzie na mnie krzyczał. Nie mam z tym problemu. Pamiętam mecz przeciwko Kopenhadze w ćwierćfinale Ligi Europy. Broniliśmy się, a ja próbowałem kontrolować futbolówkę i wziąć na siebie obrońcę. Straciłem futbolówkę, a Harry Maguire krzyczał, bym jej lepiej pilnował. Byłem zmęczony i odparłem, by na mnie nie krzyczał. W pierwszej połowie dogrywki poszedłem do niego i przeprosiłem.

– Mecze wiążą się z ogromnym napięciem. Pokazujemy w nich swoją pasję. Czasami zdarzy się, że nie trafimy w piłkę lub kolega z zespołu nie pobiegnie za futbolówką. Staje się to trochę żarliwe. Ale nikt nie ma czegoś złego na myśli.

W końcu temat zszedł na Ole Gunnara Solskjaera, którego Fernandes darzy ogromnym szacunkiem i sympatią. To Norweg sprowadził Portugalczyka na Old Trafford. Jak się okazało, panowie mają kontakt do dziś. Były menedżer “Czerwonych Diabłów” został zwolniony ze swojej roli w listopadzie 2021 roku.

– To niesamowity człowiek. Facet, który dba o wszystkich i stara się, by każdy był szczęśliwy. Nie lubię, gdy po przegranym meczu menedżerowie skarżą się w mediach, że piłkarze nie zrobili tego, co chcieli. Wtedy coś musi być nie tak. Wszyscy gramy do jednej bramki.

– Po meczu z Watfordem (1:4) niektórzy wygwizdywali Solskjaera. Nie podobało mi się to, ponieważ zastanawiałem się, dlaczego nie gwiżdżą na nas. To my wyszliśmy na boisko i przegraliśmy. W tamtej chwili poczułem, że muszę stanąć w jego obronie. Nie chciałem brać jego winy na siebie. Chciałem, by wszyscy wzięli odpowiedzialność za swoje błędy.

– To nie był dobry okres i nie zawsze była to wina Solskjaera, ponieważ wcześniej dokonał wspaniałych rzeczy. W tamtym momencie oczywiście należało traktować go jako menedżera, a nie byłego gracza i to rozumiem. Fani zachowali się naprawdę dobrze po jego zwolnieniu, gdy śpiewali piosenki na jego cześć, wciąż mając w pamięci finał z 1999 roku. On kocha ten klub i dało się to wyczuć. Kiedy przyszedł pożegnać się ze wszystkimi, to było dla niego bardzo ciężkie.  Można było poczuć, że to jeden z najgorszych dni w jego życiu.

– Nadal wysyła mi wiadomości. Gratuluje mi pewnych rzeczy. Jest kimś, z kim chcę utrzymywać kontakt. Powiedziałem mu to przed jego odejściem z klubu.

Komentarze

Podobne wpisy

Najnowsze