Felieton Antony’ego dla The Players’ Tribune: chłopiec urodzony w piekle

Paweł Waluś
Zmień rozmiar tekstu:

Tak naprawdę dla większości kibiców Manchesteru United jeszcze rok, dwa lata temu, Antony był anonimowym zawodnikiem. Nie dalej jak trzy lata temu był anonimowy dla całej europejskiej piłki nożnej. Dzisiaj gra na Old Trafford, ale jak się tam znalazł, skąd pochodzi, co musiał przejść, aby się tam dostać? Zapraszamy na poruszającą historię, opowiadaną przez samego Antony’ego, o tym, jak wygląda dorastanie w faweli.

Felieton Antony’ego dla The Players’ Tribune

Urodziłem się w piekle. To nie jest żart. Dla moich europejskich przyjaciół, którzy nie rozumieją, fawela w której dorastałem w Sao Paulo naprawdę jest nazywana Inferninho – „małe piekło”.

Jeśli chcesz mnie zrozumieć, to musisz zrozumieć skąd pochodzę. Moją historię. Moje korzenie. Inferninho.

To niesławne miejsce. Piętnaście kroków od drzwi naszego domu dilerzy zawsze załatwiali swoje interesy, przekazywali rzeczy z ręki do ręki. Smród było nieustanie czuć przez nasze okno. Jednym z moich pierwszych wspomnień jest mój ojciec, który w niedzielę wstał z kanapy i wyszedł, aby nakrzyczeć na jakichś gości, żeby zeszli z ulicy i zostawili nas w spokoju, bo jego dzieci chcą obejrzeć mecz piłki nożnej.

Byliśmy tak przyzwyczajeni do oglądania broni, że nawet przestaliśmy się tego bać. Były po prostu częścią codziennego życia. Bardziej baliśmy się, kiedy policja pukała do naszych drzwi. Pewnego razu wtargnęli do naszego domu szukając kogoś, biegali i krzyczeli. Oczywiście nic nie znaleźli. Kiedy jednak jesteś młody, to takie momenty zapadają w pamięć.

Niektóre rzeczy, jakie widziałem… tylko ci, którzy to przeżyli, będą mogli to zrozumieć. Pewnego ranka, kiedy szedłem do szkoły, miałem 8, może 9 lat, natknąłem się człowieka leżącego na ulicy. Nie ruszał się. Kiedy podszedłem bliżej, zrozumiałem, że nie żyje. W faweli stajesz się nieczuły na takie rzeczy. Nie było innej drogi, musiałem dostać się do szkoły. Zamknąłem więc oczy i przeskoczyłem nad martwym ciałem.

Nie mówię tego, żeby wyjść na twardziela. Taka była moja rzeczywistość. Prawdę mówiąc, miałem dużo szczęścia jako dzieciak, ponieważ pomimo wszystkich przeszkód, otrzymałem dar z nieba. Piłka była moim zbawieniem. Moją miłością od kołyski. W Inferninho nie dbaliśmy o zabawki na Święta Bożego Narodzenia. Każda piłka, która się toczyła, była dla nas idealna.

Każdego dnia mój starszy brat zabierał mnie na boisko, żebyśmy pograli. W faweli wszyscy grają. Dzieciaki, starsi mężczyźni, nauczyciele, pracownicy budowy, kierowcy autobusów, dilerzy narkotyków, gangsterzy. Tam wszyscy są równi. Za czasów mojego ojca to było zakurzone boisko. Za moich czasów był asfalt. Na początku grałem bez butów, z krwawiącymi stopami. Nie mieliśmy pieniędzy na odpowiednie buty. Byłem mały, ale dryblowałem z zaciętością, którą otrzymałem od Boga. Drybling zawsze był ze mną. To naturalny instynkt. Nie kłaniałem się przed nikim. Mijałem handlarza narkotyków za pomocą elastico. Rainbow flickiem kiwałem kierowcę autobusu. Zakładałem siatkę złodziejom. Ch*j mnie to obchodziło.

Z piłką przy nodze na czuję strachu.

Uczyłem się trików od największych legend. Ronaldinho, Neymar, Cristiano. Oglądałem ich na YouTube dzięki mojemu „wujkowi” Toniolo. To nie jest mój wujek z krwi. Był naszym sąsiadem. Traktował mnie jednak jak swoją rodzinę. Kiedy byłem mały, to pozwalał mi kraść swoje WiFi, żebym mógł wejść na YouTube i zyskać piłkarską edukację. Dał mi nawet pierwszą grę video. Jeśli Toniolo miał dwa bochenki chleba, to jeden zostawiał sobie, a drugi był dla nas. Tego ludzie nie rozumieją w faweli. Na każdą jedną osobę, która postępuje źle, przypadają dwie, które czynią dobro.

Zawsze mówiłem, że dorastałem w złym miejscu, ale otoczony dobrymi ludźmi. Miałem osiem lat, kiedy grałem na boisku i pierwszy anioł przeciął moją drogę. Straszy koleś obserwował, jak mijam trikami gangsterów, niczym szalony drań. Zwrócił się do innych, którzy to obserwowali.

– Kim jest ten dzieciak?

– Dzieciak? Antony.

To był dyrektor Gremio Barueri. On dał mi pierwszą szansę, abym opuścił slumsy i zagrał w drużynie futsalowej. Wtedy zacząłem marzyć. Pamiętam, jak spacerowałem razem z moją mamą i zobaczyłem fajne czerwone auto, które przejeżdżało przez naszą okolicę. To był Range Rover. Jednak dla mnie wyglądało jak Ferrari. Wszyscy na nie patrzyli. To była prawdziwa rzecz.

Odwróciłem się do mojej mamy i powiedziałem: – Pewnego dnia, kiedy będę piłkarzem, to kupię ten samochód.

Zaśmiała się oczywiście.

Byłem jednak śmiertelnie poważny.

– Nie martw się, po jakimś czasie dam ci poprowadzić.

W tamtych czasach dosłownie spałem na łóżku pomiędzy moimi rodzicami. Nie mieliśmy pieniędzy na łóżko tylko dla mnie. Każdej nocy odwracałem się na bok i był tam mój tata. Po drugiej stronie była moja mama. Byliśmy blisko siebie i to pozwoliło nam przetrwać. Wtedy wydarzyło się coś, co odmieniło moje życie.

Kiedy miałem 11 lat, moi rodzice się rozstali. To był najtrudniejszy moment mojego życia, ponieważ do tej pory przynajmniej mieliśmy siebie nawzajem. Teraz odwracałem się w stronę mojej mamy, leżąc na środku łóżka, ale jej już nie było. To było dewastujące, ale dawało mi również mnóstwo motywacji. Zamykałem oczy i myślałem: „wyciągnę nas z tego”.

Mój ojciec wychodził do pracy o 5.00. Wracał o 20.00. Mówiłem mu wtedy: – Teraz ty biegasz dla mnie. Ale kiedyś ja będę biegał dla ciebie.

Kiedy rozmawia się z mediami, to zawsze pytają o twoje marzenia. Liga Mistrzów? Mistrzostwa Świata? Złota Piłka?

To nie są marzenia. To są cele. Moim jedynym marzeniem było wyciągnięcie rodziców z faweli. Nie było planu B. Musiałem to zrobić albo umrzeć próbując.

W wieku 14 lat otrzymałem szansę w Sao Paulo FC. Każdego dnia po szkole jechałem do akademii z pustym żołądkiem. Jeśli trafiał się dobry dzień, to razem z kolegami składaliśmy się na ciastka, które jedliśmy w drodze powrotnej. Nie musiałem się głodzić dla motywacji. Głód był prawdziwy.

Miałem w sobie intensywność – może powinniśmy ją nazwać złością. Miałem problem z emocjami. Trzy razy byłem bliski wydalenia z klubu. Byłem już na liście osób, których chcieli się pozbyć. I za każdym razem ktoś w klubie się za mną wstawiał. Błagali, żebym został. To był boski plan.

Byłem chudy, ale zawsze grałem z „furią w oczach”. To rodzaj intensywności, który pochodzi z ulicy. Nie można go podrobić. Ludzie myślą, że kłamię, kiedy o tym opowiadam, ale nawet po profesjonalnym debiucie dla Sao Paulo, wciąż żyłem w faweli. Nie, nie – taka jest prawda – w wieku 18 lat wciąż spałem w łóżku z ojcem. Miałem do wyboru to albo kanapę! Nie mieliśmy innego wyboru. Nawet w 2019 roku, kiedy strzeliłem gola Corinthians w finale Paulisty, to potem wróciłem do swojego domu. Ludzie wskazywali mnie palcem na ulicy.

– Dopiero widziałem cię w telewizji. Cu tutaj robisz?!

– Bracie, ja tutaj mieszkam.

Wszyscy się śmiali. Nie wierzyli mi.

Rok później byłem w Ajaksie i grałem w Lidze Mistrzów. Tak szybko się wszystko zmieniło. Nie tylko miałem swoje własne łóżko, ale też czerwony Range Rover stał na podjeździe mojej mamy. Powiedziałem jej: – Widzisz? Powiedziałem ci, że to zdobędę. I zdobyłem.

ajax.nl

Kiedy powiedziałem jej to w wieku 10 lat, śmiała się.

Teraz, kiedy jej to przypominam, płacze.

W ciągu trzech lat opuściłem slumsy, trafiłem do Ajaksu, a potem do Manchesteru United. Ludzie zawsze mnie pytają, jak byłem w stanie tak szybko się przystosować. Szczerze mówiąc to wynika z tego, że nie czuję presji na boisku piłkarskim. Zero strachu. Strach? Czym jest strach? Kiedy jako dzieciak przeskakujesz nad martwym ciałem, żeby dotrzeć do szkoły, to nie możesz się niczego bać w piłce nożnej. Większość ekspertów piłkarskich może tylko wyobrażać sobie rzeczy, które ja widziałem. Są pewne obrazy, których nie można wyrzucić z głowy.

W życiu cierpimy wystarczająco mocno. Martwimy się wystarczająco często. Płaczemy wystarczająco dużo.

Lecz w piłce nożnej? Z piłką przy nodze powinieneś czuć jedynie radość. Ja urodziłem się jako drybler. To część moich korzeni. To był dar, dzięki któremu wydostałem się ze slumsów i trafiłem do Teatru Marzeń. Nigdy nie zmienię sposobu swojej gry, ponieważ to nie jest styl, to jestem ja. To część mnie. Część historii Brazylijczyków. Jeśli obserwujesz jedynie 10-sekundowy klip, to mnie nie zrozumiesz. Nie robię niczego dla żartu. Wszystko ma swój cel. Wyjście do przodu z odwagą, wywołaniu strachu u rywala, kreowanie przestrzeni, czynienie różnicy dla mojego zespołu.

Jeśli uważasz mnie za klauna, to nie rozumiesz mojej historii. Sztuka Ronaldinho, Cristiano i Neymara inspirowała mnie, kiedy byłem dzieckiem. Oglądałem bogów rozrywki na kradzionym WiFi, a potem szedłem, aby podbijać boiska, imitując ich geniusz.

Jeśli urodziłeś się w piekle, to jest mały dar od niebios.

Kiedy ludzie pytają: – Jaki jest sens twojej gry? Jaką wiadomość chcesz przesłać?

Bracie, wysyłam wiadomość do swojego domu.

W Europie, gdzie chleb jest na stole każdego wieczoru, ludzie czasem zapominają, że piłka nożna to tylko gra. Piękna, ale jednak gra. To życie jest na poważnie, a przynajmniej dla tych z nas, którzy urodzili się w małych piekłach tego świata.

Zawsze mówię, że niezależnie od tego, gdzie trafię i co się ze mną stanie, to będę reprezentował miejsce, które nauczyło mnie wszystkiego. Bez mojego domu i moich ludzi, nic z tego nie ma znaczenia. Na swoich butach, przed każdym spotkaniem, piszę sobie małe przypomnienie.

„FAWELA.”

Kiedy wiążę sznurówki, to sobie przypominam. Przypominam sobie wszystko.

To jest moja historia. Jeśli wciąż mnie nie rozumiesz albo uważasz mnie za klauna, to wtedy wskażę tatuaż na swoim ramieniu…

„Ktokolwiek przybył z faweli, ten wie trochę więcej o tym, przez co przeszedłem.”

Te słowa mówią za mnie. I za nas wszystkich.

Komentarze

Podobne wpisy

Najnowsze