Quinton Fortune to cichy bohater trzech ligowych tytułów Manchesteru United. Afrykański pomocnik nie pragnął sławy ani poklasku, a jedynie cieszył się grą dla “Czerwonych Diabłów”. W trykocie United wybiegł na boisko ponad 120 razy, a dziś jest asystentem menedżera w klubowym zespole U-23. Jak wyglądała jego droga na Old Trafford?
Artykuł Quintona Fortune w ramach serii UTD Unscripted – treść oryginalna
Był jeden niewielki róg na starym White Hart Lane, który był dla mnie bardzo wyjątkowy.
Bardzo blisko miejsca, gdzie zawsze byli fani, stałem tam i ja, 14-letni chłopak. Przyjechałem z Republiki Południowej Afryki i grałem dla Tottenhamu, więc przesiadywałem na ich domowych spotkaniach. Nigdy nie zapomnę pierwszego razu, gdy zobaczyłem tam United w akcji. To był 1992 rok. Mecz, w którym Giggsy założył siatkę jednemu z obrońców Spurs, ominął innego, ominął bramkarza i strzelił świetną bramkę.
W następnym sezonie United powróciło, a ja znów tam stałem. Tym razem była to jedna z najlepszych rzeczy, jakich doświadczyłem w życiu, ale zarazem coś, czego najbardziej żałuję.
Zawsze nosiłem ze sobą piłeczkę tenisową, żebym mógł nią kopać. W dni meczowe na White Hart Lane, chodziłem z innymi chłopakami do szatni przyjezdnych i sprzątaliśmy tam. Za każdym razem wyciągałem piłeczkę, a my bawiliśmy się nią. To działo się przez lata, które spędziłem w Spurs i przez te wszystkie lata tylko jeden zawodnik przyszedł do nas, żeby z nami pokopać.
Jeden.
Eric Cantona.
To trwało jedynie kilka sekund, ale było przeżyciem jakby z filmu. Naprawdę, jestem przekonany, że wszystko działo się w spowolnionym tempie: on podchodzący, dołączający, wszyscy chłopcy spoglądający na siebie i mówiący: wooooooooooooow. To wszystko działo się w “slow motion”.
A teraz część, która nadal wyżera mnie od środka.
Miałem ze sobą aparat, więc zrobiłem sobie zdjęcia z Erikiem, z Bossem, z wszystkimi chłopakami z United, gdy ci wychodzili do autobusu. Wróciłem do domu i bez zwłoki chciałem wyjąć film z aparatu, żebym mógł wywołać zdjęcia.
Nie było filmu.
Nawet nie… Mam na myśli to, że to rozbrajające, nawet gdy o tym myślę i nie mogę powiedzieć, żebym kiedykolwiek się po tym pozbierał, ale myślę, że trochę ten ból ukoił fakt, że skończyłem, grając dla United!
To był 1999 rok, zaraz po tym, jak drużyna wygrała potrójną koronę, ale nigdy nie zauważyłbyś tego, gdybyś tam był. Od momentu, gdy po raz pierwszy przybyłem do Anglii, trenowałem, bo wiedziałem, że muszę to robić intensywniej, niż wszyscy inni, żeby mi się udało, więc to było dla mnie normalne, że dawałem z siebie wszystko. Kiedy dołączyłem do United, okazało się, że tam każdy był taki.
To drużyna, która właśnie wygrała wszystko, ale w sposobie, w jaki trenowali, nie było znaku, że tak jest. Nie było: “Właśnie wygraliśmy potrójną koronę”, nic z tych rzeczy. Nie mogłem w to uwierzyć. Szybko zrozumiałem, że jeśli chcę tu grać, to tak muszę trenować. Tak już działam. Jeśli Roy Keane jest na czele i dowodzi, ja spuszczam głowę i pracuję ciężko, by poświęcić się dla dobra drużyny, a potem zrobię, co w mojej mocy, gdy przydarzy się okazja. Kiedy widzi się Keaneya trenującego, jak to miał w zwyczaju, gdy widzi się Becksa wracającego sprintem do tyłu, by pomóc w defensywie Gary’emu Neville’owi, czy Giggsy’ego wracającego sprintem wiesz, że nie masz wyboru. Nie ma miejsca na wymówki. Najlepsi zawodnicy w zespole – kilku z nich było najlepszymi na świecie – biegają, więc ja też lepiej pobiegnę!
Gdy trenuję teraz drużynę U-23, mówię im, jak wtedy to wyglądało. Mieliśmy chyba jeden z najbardziej utalentowanych zespołów w światowej piłce, ale etyka pracy była tam niesamowita. Według mnie to było wyjątkowe. Intensywność i sposób, w jaki ci faceci pracowali, były absurdalne.
Wygraliśmy ligę podczas moich dwóch pierwszych sezonów w United, ale dodaliśmy też więcej jakości do zespołu. Veron, Ruud… podstawowy skład był żartem. To było absurdalne, gdy spojrzy się na tę grupę piłkarzy. Inne zespoły też były dobre. Arsenal to chyba jedyny zespół, który mógł nam wtedy dorównać. W moim trzecim sezonie wygrali podwójną koronę.
Nie podobało nam się to.
Nie byliśmy dobrzy w przegrywaniu, więc ciężko to znieśliśmy. Przegrana w meczu oznaczała brak dobrego nastroju, więc przegranie ligi – szczególnie po passie trzech zwycięstw z rzędu – było szczególnie trudne. Boisko treningowe było na początku po prostu ciche, ale wtedy wróciliśmy na kolejne przedsezonowe przygotowania i pracowaliśmy ciężej niż kiedykolwiek wcześniej. Podejście nigdy nie było takie, żeby kogoś wytykać palcami lub obwiniać kogoś za to, co poszło źle. Po prostu patrzyliśmy na to, co mogliśmy zrobić indywidualnie i wspólnie, żeby być lepszymi i pomóc drużynie. Był też Boss, który upewniał się, że zawodnicy zawsze byli głodni gry. Wiedział kogo trzymać, kogo się pozbyć, kto posiadał ten głód, a kto nie i zawsze trzymał nas przy ziemi.
Latem 2002 roku wiadomość była prosta: wróćcie silniejsi, przygotowani, zdrowsi i mentalnie gotowi, żeby spróbować znów wygrać ligę.
Nieźle zaczęliśmy sezon, a mniej więcej w połowie kampanii wyjechaliśmy na Anfield i przeżyłem tam jedno z najlepszych popołudni mojego życia, żeby nie wspomnieć o pobycie w United. Diego Forlan strzelił dwukrotnie i to najlepsze uczucie, gdy się tam wygrywa. Najlepsze. Nie ma nic podobnego. Świętowanie z Diego tuż przed naszymi fanami, wiedząc, jak trudno jest wygrać na Anfield… to po prostu niesamowite uczucie. Byłem wcześniej na Anfield i przegrałem. Boss rozmawiał z nami w szatni po meczu i powiedział nam, żebyśmy zapamiętali to uczucie. Nigdy nie przegrałem, gdy tam wracałem. To przypomniało nam, żeby upewnić się, że gdy tam jeździmy, mamy dawać z siebie wszystko.
W większości sezonów lepiej szło nam na początku. Bądź obecny na starcie, a potem sięgnij po wygraną. W 2003 roku, myślę, że nasza forma tak naprawdę podniosła się w marcu. Graliśmy duże mecze i nabraliśmy takiego rozpędu, że staliśmy się niepowstrzymani. W szczególności Ruud i Scholesy, byli niewiarygodni.
Scholesy był geniuszem. Proste. Chciało się bez przerwy dawać mu piłkę. Biegało się uśmiechniętym, kiedy się z nim grało. Jego przegląd pola był inny, niż u kogokolwiek innego. Każdemu spuszczał łomot na treningach, ale znajdował też ludzi, wybierał ich, widział rzeczy zanim zrobił to ktokolwiek inny. Czułem absolutną radość i przywilej, że mogłem z nim grać każdego dnia.
A Ruud… cóż. Ruud był maszyną. Gdyby został w United dłużej, strzeliłby więcej goli i skończyłoby się na tym, że pobiłby wszystkie klubowe rekordy, tak myślę. Każdego dnia był bezwzględny na treningu. Był jak Ole. Za każdym razem, gdy miał szansę podczas treningu, strzelał bramkę. Boom, strzela, czyściutkim uderzeniem sprawia, że bramkarz musi się napracować. Jego poruszanie się bez piłki było żartem, a gdy masz kogoś takiego grającego z Veronem (kolejny geniusz), Scholesym, Becksem… po prostu biegnij i dostaniesz piłkę. Wyjdź na wolną pozycję, odpowiednio się poruszając, a oni cię znajdą. Ruud wiedział perfekcyjnie, jak to zrobić.
Wygrywaliśmy mecze, a Ruud był zły, że nie strzelił w nich gola. Był facetem z obsesją lub pasją do strzelania goli. Kiedy posyłałem mu asystę, tak bardzo cieszyłem się, bo wiedziałem, jak wiele to dla niego oznaczało, że mógł strzelić gola. To było bardzo dobre uczucie, bo ten facet miał obsesję na punkcie strzelania. Kiedy wygrywaliśmy, ale on nie trafiał, wyglądał potem w szatni na niezadowolonego. Nie ukrywał tego, spuszczał tylko głowę, bo miał tak ogromną obsesję na tym punkcie.
W tamtym sezonie nie przestawał strzelać. Ruud zdobył hat-tricka z Fulham, dublet przeciw Liverpoolowi, gdy zniszczyliśmy ich na Old Trafford. Potem było Newcastle, które zajmowało trzecią pozycję, gdy wygraliśmy 6:2. Ole strzelił, potem wystawił piłkę Scholesowi na woleja, a on strzelił fantastyczną bramkę w okienko. Sir Bobby Robson nadal był ich menedżerem i bardzo podobało mi się to spotkanie, bo musiałem kryć Kierona Dyera. To był perfekcyjny dzień i rezultat, który pokazał, w jakiej byliśmy formie.
Arsenal prowadził w tabeli, ale doganialiśmy ich i tuż pod koniec sezonu mieliśmy wyjazd na Highbury. Zawsze można było wyczuć kiedy graliśmy przeciwko Arsenalowi lub Liverpoolowi, nawet na treningu przed meczem. Coś się zmieniało w Carrington. Było tak samo każdego sezonu. Myślę, że lubiliśmy grać z Arsenalem, lubiliśmy konkurować z nimi, bo w tym samym czasie odpłacali nam się tym samym, a chłopakom podobało się to, bo to dla nas norma. To było takie podejście, jak zawsze: grać do końca, walczyć o wszystko każdego dnia.
Nie wygraliśmy tamtego meczu na Highbury, ale wygraliśmy bitwę. Mój Boże, co to był za mecz. W pierwszej połowie Ruud zgarnął piłkę, założył siatkę Solowi Campbellowi i pobiegł. Keown próbował go złapać, ale nie mógł się do niego zbliżyć, a Ruud po prostu podciął piłkę nad bramkarzem. Henry strzelił dwa gole w drugiej połowie, jedna piłka poszła po rykoszecie, a drugą strzelił ze spalonego, ale Giggsy wyrównał od razu i mecz zakończył się 2:2.
Boss był numerem jeden jeśli chodzi o psychologię, więc gdy widzieliśmy go, jak cieszy się z naszymi fanami, to powiedziało nam wszystko. Nikt nie mógł nawet zbliżyć się do niego w gierkach psychologicznych. Wysyłał Arsenalowi wiadomość, wysyłał ją nam i całej Premier League: zabieramy ten tytuł.
To było jedno z tych spotkań, w których wiedziało się, że jeśli będziemy mieli korzystny wynik, ustawiamy się na dobrej pozycji. Jedziesz na stadion największych rywali, grasz dobrze i osiągasz rezultat, który daje ci szansę na wygraną w lidze. To dało nam dużo pewności siebie, gdy wychodziliśmy z Highbury. Myślę, że oni też to wiedzieli.
Mniej więcej w tym czasie graliśmy inny wielki mecz, w Europie przeciwko Realowi Madryt na Old Trafford. Przegraliśmy w pierwszym meczu i pamiętam, że wszedłem na ostatnie 15 czy 10 minut i byłem trochę zły, więc zacząłem kopać wszystkich. Miałem doświadczenia z Realem z mojego pobytu w Atletico, plus w moim pierwszym sezonie w United Redondo, Raul i inni wyrzucili nas z Ligi Mistrzów. Po prostu cały czas spuszczali nam łomot, a my mogliśmy mówić tylko: ”come on, musimy strzelić jedną bramkę więcej niż oni”. Jednak w tym samym mogłeś podnieść ręce do góry, gdy spojrzałeś na ich zespół tamtego wieczora: Ronaldo, Roberto Carlos, Figo, Zidane… “come on”. Sprawiali, że to wyglądało, jakby się nie męczyli.
Trudno było mi zaakceptować, że byli od nas lepsi, więc radziłem sobie z tym wchodząc, zaburzając ich rytm, wbiegając między nich, potrząsając piórami. Zidane w tym meczu był czystym artystą. Siedziałem na ławce i mówiłem: “Ten facet się nawet nie poci!” To było wyśmienite. Patrzenie na jego błyskotliwość i geniusz napawało radością. Zastanawiałem się: “Tak, jeśli podejdę blisko niego, będę go musiał kopnąć. Czy mogę wykluczyć go z gry?” Czy podziałało? Nie. Grał jak zwykle.
Byłem zatem wkurzony – tak jak my wszyscy – że odpadliśmy z europejskich rozgrywek, ale nasze oczy dalej były zwrócone na tytuł ligowy. Według mnie, wyjątkowy dzień mieliśmy na White Hart Lane. Arsenal zgubił punktu dzień wcześniej, a my mieliśmy szansę wyprzedzić ich na kilka spotkań przed końcem sezonu, ale to było jedno z tych spotkań, gdy Kasey Keller toczył osobistą potyczkę z Ruudem. To był ten mecz, gdzie myślisz sobie: “O nie, co, jeśli dalej będzie bronił? Będą mieli jedną szansę, strzelą, a my przegramy tytuł”.
Na szczęście Scholesy pojawił się na jakieś 20 minut przed końcem, a potem ja wszedłem z ławki. W ostatniej minucie, nie pamiętam, kto podał mi piłkę, ale krzyknął: “Dawaj Quinny, wchodź tam”. No to pobiegłem do przodu. Spojrzałem do góry i sprawdziłem moje opcje.
JEST RUUD! OK RUUD!
Po prostu postanowiłem podać mu piłkę, a on wykończył to jak zawsze. Biorąc pod uwagę styl gry Kellera, to musiało polecieć w sam róg.
Chyba każdy nasz zawodnik pobiegł do narożnika, żeby cieszyć się z fanami. Wszyscy wiedzieliśmy, jak ważny był to dla nas wynik. To było dla nas bardzo wyjątkowe, ale ja czułem się niesamowicie, bo stałem praktycznie w tym miejscu, z którego oglądałem United lata wcześniej. Teraz cieszyłem się z asysty przy golu, który przybliżył nas do wygrania tytułu. To szalone, gdy siadam i o tym myślę.
Potem poszliśmy do szatni, tej samej szatni, którą sprzątałem jako chłopak, a świętowanie, jakie tam się odbyło… po prostu to uwielbiałem. To był bardzo wyjątkowy moment w moim życiu.
Pokonaliśmy Charlton w kolejnej kolejce, Arsenal przegrał z Leeds, a my zostaliśmy mistrzami. To oznaczało, że mogliśmy pojechać na ostatni mecz z Evertonem z przeświadczeniem, że po meczu dostaniemy trofeum.
To był wyjątkowy mecz – ale jednym z moich wspomnień jest to, jak dałem się wplątać w jedną z gierek, w które lubił grać Scholsey. Becks wbił piłkę do środka pola, Scholsey już miał ją uderzyć głową, ale tylko markował, więc piłka uderzyła mnie w klatkę piersiową. Lee Carsley stał między nami, a gdy piłka uderzyła mnie, to odbiła się i wróciła nad głową Carsleya do Scholsey’ego, który oddał mi ją głową. Dalej jestem w szoku: “Nie chciałem brać w tym udziału! Chciałem tylko grać!”
Skończyło się na tym, że główkowaliśmy do siebie wzajemnie, Carsley skakał między nami, a fani United krzyczeli “Ole!”, a ja sobie pomyślałem tylko: “NIE, TO NIE JEST MOMENT OLE!” Nawet teraz ludzie mówią mi, jak bardzo podobała im się ta mała sekwencja, ale ja nie mam z tym nic wspólnego, byłem częścią gry Scholesa.
Później, trudno opisać uczucie satysfakcji, które przychodzi, kiedy podnosi się trofeum Premier League, bo cały sezon się na nie pracowało każdego dnia, a to jest nagroda za to. Zrobiliśmy to jako drużyna, odegrałeś swoją rolę. Jesteś mistrzem i to nierealne uczucie, ale podniosłem medal już na kilka miesięcy po dołączeniu do klubu, gdy wygraliśmy Puchar Interkontynentalny i nic nie zrobiłem, więc medale nie były dla mnie najważniejsze.
Co liczyło się najbardziej w tamtej chwili, mówiąc szerze to, że czułem uznanie moich kolegów z drużyny, a gdy ma się już uznanie Bossa, kolegów drużyny, tego pragnąłem bardziej, niż medalu za Premier League. Spoglądając wstecz, cieszę się każdym momentem, gdy grałem ze Scholesym, Keaneyem, Becksem, Veronem i innymi. Noszenie czerwonego trykotu to dla mnie czysta radość. Jako dziecko idealizowałem facetów takich jak Giggsy, którego próbowałem naśladować, gdy dorastałem jako zawodnik. Więc gdy 10 lat później skończyłem wygrywając z nim ligę, to było coś, czego po prostu nie da się ubrać w słowa.









