Choć ciężko to przyznać kibicowi Manchesteru United, trudno kłócić się z opinią, że Liverpool jest obecnie jedną z najlepszych, a może i najlepszą drużyną na świecie. Przy tym jednym z najważniejszych elementów machiny Jurgena Kloppa jest Jordan Henderson.
Daniel Taylor z serwisu The Athletic przypomina więc, jaka historia łączy kapitana Liverpoolu z “Czerwonymi Diabłami” i krytykuje przy tym sir Aleksa Fergusona za kilka nierozważnych słów w jego autobiografii.
Felieton Daniela Taylora dla The Athletic – treść oryginalna
Pierwszy występ Jordana Hendersona w barwach klubowych obserwowałem w spotkaniu Sunderlandu z Manchesterem United, które zakończyło się wynikiem 2:2 w październiku 2009 roku. Mecz ten wyróżnił się głównie pomeczowymi komentarzami sir Aleksa Fergusona, który oskarżał sędziego Alana Wileya o brak odpowiedniej formy i marnowanie czasu na odpoczynek.
Sposób radzenia sobie w tego typu środowisku zawsze jest dobrym tłem do oceny młodego zawodnika, szczególnie jeśli tuż pod jego nosem pojawi się konkretna okazja.
Ferguson bardzo często przytaczał historię o tym, jak młody Paul Gascoigne odwiedzał pierwszy raz Old Trafford wraz z Newcastle United. Bryan Robson, Remi Moses i Norman Whiteside reprezentowali drużynę gospodarzy. Mimo to uśmiechający się Gazza, niemal bezpośrednio z rzutu wolnego, potrafił bezczelnie przeturlać piłkę między nogami Mosesa i jeszcze klepnąć go w głowę przy wyminięciu.
Henderson nie był nawet bliski takich wyczynów, sprawiedliwie jest jednak dodać, że był wtedy zupełnie innym piłkarzem, niż jest dzisiaj w Liverpoolu. Miał 19 lat, “nażelowaną” i szpiczastą fryzurę oraz koszulkę, która wydawała się na niego za wielka. Kiedy pojawił się na boisku w 74. minucie, miał zagrać na skrzydle przeciwko zespołowi, który dwa lata z rzędu awansował do finału Ligi Mistrzów. Hernderson przedstawił się przepchnięciem kilku rywali, rajdem prawdą stroną i pięknym dośrodkowaniem. To było naprawdę dobre wejście i nic dziwnego, że sam Ferguson zawiesił na nim swoje oko.
Od tego czasu Henderson zmienił swój styl gry, stając się bardziej staromodnym środkowym pomocnikiem, który przytrzymuje piłkę, cofa się w głąb pola i dyktuje tempo gry. To nie jest seksowny styl gry. Na Anfield zrozumieli jednak, że debata na temat Hendersona potrafi pokazać różnicę pomiędzy ludźmi rozumiejącymi ten sport i tymi, których lepiej od siebie odsunąć. A pochwały, którymi Jurgen Klopp zasypuje tego zawodnika tylko potwierdzają tę tezę.
– Jest wyjątkowy. Tak, wspaniały. Jeśli ktoś, kto jest razem z nami, nie potrafi dostrzec jakości Jordana Hendersona, to niestety nie mogę mu pomóc. Czy Hendo jest idealnym graczem? Nie. Czy znam kogoś, kto taki jest? Nie. Czy jest dla nas niesamowicie ważny? Tak – mówił Niemiec.
Takie słowa zwracają uwagę szczególnie w momencie, kiedy formalnością wydaje się przerwanie przez Liverpool 30-letniej posuchy mistrzowskiej. Chociaż wciąż możemy być zasypani dekoracjami świątecznymi, to właściwie możemy już odliczać czas, kiedy na Anfield znów będziemy mówić o mistrzach Anglii, być może Europy, a właściwie to całego świata.
Kontrowersja w autobiografii
To przypomniało mi o słynnym fragmencie z autobiografii Fergusona wydanej w 2013 roku. Zastanawiam się, czy po tych wszystkich latach fragment dotyczący Jordana Hendersona nie byłby tym, który legendarny szkoleniowiec Manchesteru United chciałby napisać od nowa.
Dla przypomnienia, w książce pojawiała się informacja o długich rozmowach prowadzonych na temat Hendersona. Ferguson zauważył, że ówczesny menadżer Sunderlandu, Steve Bruce, był „niezwykle entuzjastyczny” w kwestii piłkarza, który finalnie trafił do Liverpoolu za 16 milionów funtów. Wtedy pojawiało się wytłumaczenie ze strony Fergusona.
Henderson, jak pisał Szkot, miał nietypowy styl biegania, który przekonał United, aby nie podejmować próby kupienia go. – Zauważyliśmy, że Henderson biegnie „z kolan” i ma proste plecy. Nowoczesny piłkarz biega z bioder i pomyśleliśmy, że to może powodować problemy w jego przyszłej karierze – tłumaczył Ferguson w swojej książce. I chociaż nie ujął tego dosadnie, przekaz był dosyć prosty: kto by chciał piłkarza z takimi problemami wiszącymi nad jego głową?
Być może to był prawdziwy problem, a jeśli tak, to Ferguson mógłby zwrócić uwagę, że celem pisania książki nie było upiększanie rzeczywistości. Nawet jeśli, to istnieją sprawy, o których lepiej po prostu nie mówić, a w tym wypadku wydaje się to, mówiąc delikatnie, szczególnie bezmyślne. Ferguson z pewnością rozumiał jaką siłę ma jego zdanie, jak daleko może zawędrować jego opinia i jak wielkie może mieć to konsekwencje dla 23-letniego wówczas piłkarza.
Prawdopodobnie Ferguson nie przejmował się za bardzo tym, jak kilka linijek z jego książki, przedrukowanych potem na nagłówki gazet może wpłynąć na profesjonalną karierę Hendersona. Przecież skoro taki menadżer jak sir Alex zrezygnował z pozyskania tego piłkarza, to musi chodzić o coś poważnego, czyż nie?
Ferguson, ze swoimi własnymi potrzebami i interesami, nie zauważył, jakich problemów mógł przysporzyć piłkarzowi w kwestii zainteresowania przyszłych pracodawców (których ten nie będzie poszukiwał, jak pokazała przyszłość). Nie zdawał sobie sprawy albo nie obchodziło go to, że następni menadżerowie Liverpoolu mogą to wykorzystać jako argument, który będzie również podnoszony przy każdej kontuzji Anglika.
Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że również Ferguson mógł popełnić błąd, to łatwo wyobrazić sobie furię z jego strony, gdyby jakikolwiek inny menadżer w podobny sposób odniósł się do jednego z jego podopiecznych.
Najbardziej niedoceniany piłkarz dekady
Cóż, Henderson wydaje się nie radzić sobie najgorzej, biorąc pod uwagę, że jest kapitanem drużyny, która w tym sezonie nie poniosła jeszcze porażki w lidze. Niedawno sam Gary Lineker opisał go jako najbardziej niedocenianego piłkarza ostatniej dekady.
Mimo wszystko to właśnie Jordan Henderson był tym, który w czerwcu poprzedniego roku w Madrycie został kolejnym kapitanem Liverpoolu, po takich piłkarzach jak Emlyn Hughes, Phil Thompson, Greame Souness i Steven Gerrard, który miał okazję wznieść w górę puchar Ligi Mistrzów.
Moment, kiedy przy linii końcowej ściska on swojego ojca Briana, człowieka który pokonał raka, był tak naturalny, pełen miłości, tak pięknie spontaniczny, że mógłby właściwie zostać zapamiętany bardziej, niż sam finał.

Potem był jeszcze Superpuchar w Stambule i Klubowe Mistrzostwa Świata w Katarze. Następny będzie do wzniesienia puchar za wygranie Premier League, ozdobiony czerwonymi i białymi wstążkami, po czym będziemy mogli dyskutować, czy Henderson jest przedstawicielem najbardziej utytułowanej drużyny Liverpoolu w historii.
Co więcej, to dużo mówi o nim jako o człowieku, że pomimo takiej możliwości, nigdy nie odgryzł się Fergusonowi. Każdy dziennikarz przeprowadzający z nim wywiad w ciągu ostatnich sześciu lat chciałby być tym, który to z niego wyciągnie. Tak się nie stało i prawdopodobnie nigdy nie stanie, bo odpowiedzią Hendersona zawsze była godność i powściągliwość.
Inny piłkarz mógłby wytknąć, że w sezonie kiedy Liverpool zdecydował się na pozyskanie Hendersona, środek pola Manchesteru United był w tak kiepskim stanie, że Ferguson musiał przekonywać 37-letniego Paula Scholesa do powrotu z emerytury. Jednak nie Jordan Henderson.
Kiedy książka została wydana, Brendan Rodgers – ówczesny menadżer Liverpoolu – publicznie nawoływał Fergusona do przeprosin. Jedyną reakcją ze strony Hendersona zaś było zapewnienie, że jest zadowolony ze swojego stylu biegania, nie dopuściłby do sytuacji, które mogłyby źle wpłynąć na jego karierę, a wszystko podsumował stwierdzeniem, że jego gra najlepiej odpowie na wszystkie wątpliwości.
Największą zemstą jest ogromny sukces
I chociaż Lineker może mieć rację, to musimy pamiętać, że Henderson ma na koncie 55 występów w reprezentacji, a wciągu ostatniej dekady najczęściej był wystawiany tam jako środkowy pomocnik.
Moje myśli wracają do wieczoru w Rijece w październiku 2018 roku. Nie dlatego, że Henderson jakoś szczególnie wyróżnił się w tym spotkaniu, ale zostało ono rozegrane przy pustych trybunach przez karę, którą UEFA nałożyła na chorwackich kibiców. Puste trybuny oznaczały, że kilku z nas, którzy mieli możliwość znalezienia się tam, miało okazję usłyszeć każdy krzyk dobiegający z boiska. I wtedy stało się jasne, że to właśnie Henderson, a nie Harry Kane, jest prawdziwym liderem tej drużyny. Organizował cały zespół, zawsze zgłaszał swoje uwagi i motywował do dalszej walki.
Henderson nie jest typem zawodnika, który przedrybluje dwóch przeciwników albo doprowadzi publiczność na skraj krzesełek swoimi umiejętnościami. Potrafi jednak dobrze kontrolować piłkę, dobrze podać, przesunąć się w odpowiednie miejsce, wyczuć zagrożenie, przejąć futbolówkę, przypilnować wskazanego piłkarza, a jednocześnie rozumie również fundamenty zwycięskiego zespołu oraz co jest rdzeniem spójnego grania w piłkę nożną. W skrócie, każdy zespół potrzebuje takiego piłkarza, a kiedy Ferguson ogląda mecze na Old Trafford, raczej nie dostrzega tego w osobie Paula Pogby biegającego z opaską kapitańską.
Ferguson, nawiasem mówiąc, publicznie przeprosił Alan Wileya, po tym jak komentarze Szkota zmusiły Anglika do zastanowienia się nad tym, czy chce kontynuować swoją karierę jako profesjonalny sędzia.
Henderson raczej nie może liczyć na to samo, jednak z drugiej strony nigdy o to nie prosił. Najważniejsze jest to, że spełnił swoją obietnicę. Jego gra odpowiedziała na wszystkie zarzuty. A to nam mówi, zapożyczając linijkę od Franka Sinatry, że bezsprzecznie największą zemstą jest ogromny sukces.









